Cześć Podglądacze!...
...Którzy jeszcze tu są :D Słuchajcie mnie uważnie. Tak jak w tytule - uważam, że to nie ma sensu. Widzicie jak wygląda pisanie czegokolwiek tutaj, te rozdziały tylko w niewielkiej ilości w ogóle pokazują jakiolwiek poziom, a reszta... Reszta jest beznadziejna i wy to widzicie, ale nie wiem dlaczego tego nie piszecie, bo nawet ja to widzę. Poza tym, rzeczą o której może nie wiecie jest fakt, że ja już kompletnie nie czuję tego opowiadania. Miałam świetny pomysł i naprawdę chciałam go zrealizować, ale moje napalenie na to już przeminęło i nie jestem po prostu w stanie napisać czegokolwiek, co pokazywałoby moje umiejętności, wciągnęło czytelnika, czy... No nie wiem, zrobiło na kimś jakieś wrażenie. Nie ma sensu pisać rozdziałów na siłę. Myślałam, że odświeżając to wszystko jakoś uda mi się to ogarnąć, ale nie wyszło. Przepraszam was najmocniej na świecie, zawiodłam.
Będę pisać dalej, jeśli kogoś to interesuje. Piszę książkę, której mam 11, czy 12 rozdziałów i zrobię z niej bloga, tak samo zrobię jeszcze jednego bloga, który będzie łączył wszystkie moje fandomy - Harry Potter, Dary Anioła, trochę z Niezgodnej, Dom Nocy, Z ciemnością jej do twarzy, ale też Adam Lambert, może One Direction, ale raczej nie, Troye Sivan, Tyler Oakley... Po prostu wszystko - książki, muzyka, youtube, czyli wszystko co jest mną. I to zmieszam w jedno wielkie opowiadanie, które gdzieś tam z tyłu mojej głowy już powoli staje się jakimś projekcikiem. Z kolei książka przemianowana na bloga jest typową opowieścią fantasy dla młodzieży, więc myślę że coś tam uda mi się tym osiągnąć (mam na myśli zdobycie jakieś ciekawszej ilości czytelników, jestem ambitna, ale jestem realistką ;-;). Jeśli ktoś byłby jakoś żywo tym zainteresowany, możecie do mnie napisać na mailu - hellishlunaris@wp.pl .
Mam nadzieję, że mnie rozumiecie, słodziaki... Przepraszam, że zawiodłam, może kiedyś tu wrócę.
Lunaris
Ps. Możecie mi napisać w komentarzach, czy w ogóle uważacie te pomysły o nowych blogach za dobre, kochanie :*
czwartek, 12 maja 2016
niedziela, 28 lutego 2016
Rozdział 37.
O, oto nowy rozdział! Czujecie tę moc? Bo ja tak i jestem dumna. Humor mi się bardzo poprawił i jestem ogółem już ustabilizowana po tym wszystkim. Może na głowę wali mi się pierdyliard sprawdzianów, ale poza tym, jest ok *uśmiech* Także prosz, oto nju czapter. X3
Ps. look at boczna zakładka
Ps. look at boczna zakładka
_________________________________________________________________________________________
Ta lekcja była bardzo zabawna dla gryfonów; tym bardziej dla Huncwotów.
- Zadowoleni z siebie, pisarze? - Zaśmiał się Syriusz, kiedy wychodzili z klasy. Uderzył przy tym lekko Megan i Ericka.
- Stuprocentowo i niezaprzeczalnie - odpowiedziała dziewczyna.
- Śmiałbym nawet dodać, iż jestem pozytywnie zaskoczony wysokimi kompetencjami oraz niebywale prostym, aczkolwiek utrzymującym poziom prowadzeniem lekcji przez ową, sprowadzoną nagle i znikąd niby z mgły nauczycielkę - dodał głosem filozofa Lawson.
Cała grupa drugorocznych gryfonów westchnęła teatralnie.
***
Siedziała w swoim pokoju na łóżku i patrzyła na symbol, który wręczył jej Remus. Znała go skądś, ale nie potrafiła przypomnieć sobie skąd. Zaczęła bujać się na boki, starając się przypomnieć sobie cokolwiek. W takich sytuacjach jak ta bardzo rzadko zdarza się, że nasz mózg nas posłucha i zrobi to, o co go poprosimy. Megan miała tak samo. Spędziła całe pół godziny na myśleniu o symbolu i w końcu się poddała. Z westchnieniem wstała, wyciągnęła podręczniki i zaczęła robić zadania.
***
Huncwoci po raz kolejny siedzieli w zamkniętej od wewnątrz klasie. Po niewielkim sukcesie osiągniętym przez Petera wstąpiła w nich nowa energia i dlatego teraz James potrafił skupić się na tyle, że na czubku jego głowy wyrastały rogi, a Syriusz przy niewielkim wysiłku sprawiał, że wyrastał mu czarny, psi ogon. Remus patrzał na to z naganą, ale w głębi duszy był wdzięczny. Oni poświęcają się dla niego. Dla wilkołaka. Chciał im powiedzieć, jak bardzo się cieszy i jak wdzięczny im jest, ale... Miał gdzieś wewnętrznie ochotę pozostać tym rygorystycznym Remusem.
Oparł się o ścianę ze znudzenia. Siedzieli tutaj już trzecią godzinę i o ile jego przyjaciele byli w pewnym sensie zajęci, to on nic nie robił. Dawno skończył wszystkie zadania domowe i inne rzeczy... Teraz pozostało mu tylko patrzenie na resztę i zastanawianie się, jak długo zajmie im ta nauka. Westchnął cicho.
- Wiesz, Remmy... Mógłbyś wymyślić nam przezwiska. - Stwierdził James.
- Oo! To jest super pomysł! - Krzyknął Peter. - Zawsze chciałem mieć jakąś fajną ksywkę, jak superbohaterowie w filmach.
Syriusz i Remus parsknęli śmiechem, ale po chwili zdali sobie sprawę z faktu, że ich przyjaciele nie żartują.
- Serio chcecie mieć ksywki? - Zapytał Black.
Peter spojrzał porozumiewawczo na okularnika.
- No jasne. Zobacz, już mamy nazwę bandy. Jesteśmy Huncwotami. No i teraz przydałyby nam się jakieś ksywy, żeby dopełnić jeszcze całą idee gangu - Potter uśmiechnął się od ucha do ucha.
Czarnowłosy zamyślił się.
- W zasadzie... To nie jest głupie...
- No jasne, że nie jest! To jest zarąbiste!! - Powiedział Peter z entuzjazmem. - Wiemy już, w co się będziemy zmieniać. Ja jestem szczurem, Syriusz psem, a James... - tu zastanowił się. - Czym ty jesteś?
- Jeleniem chyba. Te robi przynoszą mi na myśl jelenia - okularnik wzruszył ramionami.
- Po pierwsze - Remus wstał i spojrzał na Petera - kiedy wymieniasz osoby, siebie mów na końcu, to jest niepisana zasada. - Pettigrew westchnął, a wilkołak spojrzał na Jamesa. - Po drugie, mówi się przywodzą na myśl, a nie przynoszą. - Potter przekręcił oczami, teraz spojrzenie Lupina padło na okno. - A po trzecie... To jest fajny pomysł, ale ja nie wiem, czy umiem wymyślać ksywki.
Syriusz jako jedyny, do którego Remus się nie przyczepił, zabrał głos:
- Potrafisz. - Uśmiechnął się. - Dawaj, myśl. A my skupiamy się dalej.
Z westchnieniem wrócił na swoje poprzednie miejsce, wyciągnął pergamin, pióro i atrament i zaczął pisać na nim pojedyncze słówka.
Rozmyślania Remusa nad przezwiskami przerwał głośny okrzyk zdziwienia, wydobywający się z ust Petera. Wilkołak spojrzał w jego stronę, ale pierwszy, co zwróciło jego uwagę była zaskakująca rzecz - wielki jeleń, stojący obok Syriusza.
- Co - wykrztusił Lupin.
- Udało ci się!! - Krzyknął Syriusz. - STARY, ZROBIŁEŚ TO! NA GACIE MARLINA, ZROBIŁEŚ TO!!!
Peter zaczął się śmiać i poklepał jelenia po boku, na co ten wydał z siebie dziwny, gardłowy dźwięk.
- Brawo, James! - Krzyknął Remus.
- Ja też chcę! Ja też!! - Powiedział, Peter. Zamknął oczy i... Po chwili nie było już Petera, tylko mały, szary szczurek.
Remus zrobił duże oczy.
- Syriusz...? - Zapytał. Nie uzyskał jednak odpowiedzi. - Syriusz?? - Zaczął rozglądać się za swoim przyjacielem.
Nagle, coś w niego wbiegło. Gdy odsunął to od siebie, okazało się, że był to wielki, czarny pies.
- Zrobiliście to! Chłopaki, nie wierzę!! - Remus ze zdziwienia wypuścił powietrze z ust i uśmiechnął się.
Był szczęśliwy.
***
Gdy skończyła odrabiać zadania domowe i nauczyła się na OPCM, rzuciła jeszcze raz okiem na karteczkę leżącą na jej łóżku. Westchnęła i, uznając, że nadal nie pamięta, położyła ją na biurko, chwyciła swój duży notatnik oraz długopis, usiadła na łóżku i opierając się o ścianę, podłączyła słuchawki do swojego telefonu, po czym puściła muzykę. Przymknęła na chwilę oczy i już nie było jej w Hogwarcie. Była w Nowym Jorku, w 17 wieku. Był zachód słońca, którego promienie delikatnie oświetlały uliczkę, żegnając się z nią. Miały sprawy do załatwienia w innych częściach świata. Młoda dziewczyna siedziała na ławce przy ulicy, po której co chwila przejeżdżały dorożki wiozące bogatą szlachtę. Ona jednak nie była w tej części hierarchii społecznej. To jednak nie przeszkadzało jej. Nie musiała przestrzegać rygorystycznych zasad, ubierać się w idealnie skrojone i zbyt długie skunie... Ona była wolna. Względnie wolna. Wstała i skierowała się w stronę swojego domu. Znajdował się on na uboczu miasta, więc musiała dość długo iść. Mijała niezliczoną ilość osób - od szlachty po pospólstwo. W pewnym momencie ktoś złapał ją za ramię i pociągnął lekko. Odwróciła się i ujrzała Luke'a. Luke był wysokim chłopcem o blond włosach i niebieskich oczach. Miał na sobie. . .
- Najpierw opiszmy wygląd, a potem co on w ogóle tutaj robi i kim on do cholery jest - westchnęła. - To ma być idealne i delikatne, a nie. Jeszcze raz.
...Luke'a. Rozejrzała się wokół. . .
- Bo mogła się też rozejrzeć wotrójkąt czy coś.
... i uśmiechnęła lekko. Luke był szlachcicem i nie wiedzieć czemu, przyczepił się do niej. To jednak nie był ten sposób "podążania" za drugą osobą, o jakim czytała w romantycznych książkach. Ten człowiek po prostu za nią chodził, wpadał na nią przy każdej okazji i rozmawiał z nią o dziwnych rzeczach. Mówił o marzeniach, o opowieściach przeczytanych w książkach i wszystko to ubierał w tak zgrabne słowa, że Maria musiała go słuchać. To było naturalne. Często odpowiadała na jego pytania, typu "o czym marzysz?" , "chciałabyś być łowcą smoków, czy wolałabyś je tresować?" ... To były ich tematy. Jednak zawsze widywali się właśnie w takich chwilach jak ta - kiedy niewiele było osób na ulicach. Ludzie nie patrzyliby na nich przychylnie. Szlachcic powinien rozmawiać tylko z innymi szlachcicami. Tak już jest.
- To może w końcu wygląd? Nie? Dobra...
Właśnie miała opisać dialog między Marią, a Lukiem, ale nie udało się jej to. Spojrzała bowiem na swoją torbę i doznała nagłego oświecenia.
***
Wychodzili już z sali Historii Magii - ostatniego w tym dniu przedmiotu-, kiedy Megan wbiegła między nich z wyraźnym tryumfem na twarzy. Syriusz i Peter zostali złapani i brutalnie pociągnięci za rękawy, zaś James z Remusem przywołani do porządku władczym głosem. Dziewczyna szła szybkim krokiem z przodu, w pewnym momencie teatralnie odgarniając włosy na plecy. Miała na sobie mundurek, ale z uwagi na jej charakter wyróżniał ją plecak, który bardziej przypominał głowę maskotki-lwa. Przynajmniej tematycznie.
- Zadowoleni z siebie, pisarze? - Zaśmiał się Syriusz, kiedy wychodzili z klasy. Uderzył przy tym lekko Megan i Ericka.
- Stuprocentowo i niezaprzeczalnie - odpowiedziała dziewczyna.
- Śmiałbym nawet dodać, iż jestem pozytywnie zaskoczony wysokimi kompetencjami oraz niebywale prostym, aczkolwiek utrzymującym poziom prowadzeniem lekcji przez ową, sprowadzoną nagle i znikąd niby z mgły nauczycielkę - dodał głosem filozofa Lawson.
Cała grupa drugorocznych gryfonów westchnęła teatralnie.
***
Siedziała w swoim pokoju na łóżku i patrzyła na symbol, który wręczył jej Remus. Znała go skądś, ale nie potrafiła przypomnieć sobie skąd. Zaczęła bujać się na boki, starając się przypomnieć sobie cokolwiek. W takich sytuacjach jak ta bardzo rzadko zdarza się, że nasz mózg nas posłucha i zrobi to, o co go poprosimy. Megan miała tak samo. Spędziła całe pół godziny na myśleniu o symbolu i w końcu się poddała. Z westchnieniem wstała, wyciągnęła podręczniki i zaczęła robić zadania.
***
Huncwoci po raz kolejny siedzieli w zamkniętej od wewnątrz klasie. Po niewielkim sukcesie osiągniętym przez Petera wstąpiła w nich nowa energia i dlatego teraz James potrafił skupić się na tyle, że na czubku jego głowy wyrastały rogi, a Syriusz przy niewielkim wysiłku sprawiał, że wyrastał mu czarny, psi ogon. Remus patrzał na to z naganą, ale w głębi duszy był wdzięczny. Oni poświęcają się dla niego. Dla wilkołaka. Chciał im powiedzieć, jak bardzo się cieszy i jak wdzięczny im jest, ale... Miał gdzieś wewnętrznie ochotę pozostać tym rygorystycznym Remusem.
Oparł się o ścianę ze znudzenia. Siedzieli tutaj już trzecią godzinę i o ile jego przyjaciele byli w pewnym sensie zajęci, to on nic nie robił. Dawno skończył wszystkie zadania domowe i inne rzeczy... Teraz pozostało mu tylko patrzenie na resztę i zastanawianie się, jak długo zajmie im ta nauka. Westchnął cicho.
- Wiesz, Remmy... Mógłbyś wymyślić nam przezwiska. - Stwierdził James.
- Oo! To jest super pomysł! - Krzyknął Peter. - Zawsze chciałem mieć jakąś fajną ksywkę, jak superbohaterowie w filmach.
Syriusz i Remus parsknęli śmiechem, ale po chwili zdali sobie sprawę z faktu, że ich przyjaciele nie żartują.
- Serio chcecie mieć ksywki? - Zapytał Black.
Peter spojrzał porozumiewawczo na okularnika.
- No jasne. Zobacz, już mamy nazwę bandy. Jesteśmy Huncwotami. No i teraz przydałyby nam się jakieś ksywy, żeby dopełnić jeszcze całą idee gangu - Potter uśmiechnął się od ucha do ucha.
Czarnowłosy zamyślił się.
- W zasadzie... To nie jest głupie...
- No jasne, że nie jest! To jest zarąbiste!! - Powiedział Peter z entuzjazmem. - Wiemy już, w co się będziemy zmieniać. Ja jestem szczurem, Syriusz psem, a James... - tu zastanowił się. - Czym ty jesteś?
- Jeleniem chyba. Te robi przynoszą mi na myśl jelenia - okularnik wzruszył ramionami.
- Po pierwsze - Remus wstał i spojrzał na Petera - kiedy wymieniasz osoby, siebie mów na końcu, to jest niepisana zasada. - Pettigrew westchnął, a wilkołak spojrzał na Jamesa. - Po drugie, mówi się przywodzą na myśl, a nie przynoszą. - Potter przekręcił oczami, teraz spojrzenie Lupina padło na okno. - A po trzecie... To jest fajny pomysł, ale ja nie wiem, czy umiem wymyślać ksywki.
Syriusz jako jedyny, do którego Remus się nie przyczepił, zabrał głos:
- Potrafisz. - Uśmiechnął się. - Dawaj, myśl. A my skupiamy się dalej.
Z westchnieniem wrócił na swoje poprzednie miejsce, wyciągnął pergamin, pióro i atrament i zaczął pisać na nim pojedyncze słówka.
Rozmyślania Remusa nad przezwiskami przerwał głośny okrzyk zdziwienia, wydobywający się z ust Petera. Wilkołak spojrzał w jego stronę, ale pierwszy, co zwróciło jego uwagę była zaskakująca rzecz - wielki jeleń, stojący obok Syriusza.
- Co - wykrztusił Lupin.
- Udało ci się!! - Krzyknął Syriusz. - STARY, ZROBIŁEŚ TO! NA GACIE MARLINA, ZROBIŁEŚ TO!!!
Peter zaczął się śmiać i poklepał jelenia po boku, na co ten wydał z siebie dziwny, gardłowy dźwięk.
- Brawo, James! - Krzyknął Remus.
- Ja też chcę! Ja też!! - Powiedział, Peter. Zamknął oczy i... Po chwili nie było już Petera, tylko mały, szary szczurek.
Remus zrobił duże oczy.
- Syriusz...? - Zapytał. Nie uzyskał jednak odpowiedzi. - Syriusz?? - Zaczął rozglądać się za swoim przyjacielem.
Nagle, coś w niego wbiegło. Gdy odsunął to od siebie, okazało się, że był to wielki, czarny pies.
- Zrobiliście to! Chłopaki, nie wierzę!! - Remus ze zdziwienia wypuścił powietrze z ust i uśmiechnął się.
Był szczęśliwy.
***
Gdy skończyła odrabiać zadania domowe i nauczyła się na OPCM, rzuciła jeszcze raz okiem na karteczkę leżącą na jej łóżku. Westchnęła i, uznając, że nadal nie pamięta, położyła ją na biurko, chwyciła swój duży notatnik oraz długopis, usiadła na łóżku i opierając się o ścianę, podłączyła słuchawki do swojego telefonu, po czym puściła muzykę. Przymknęła na chwilę oczy i już nie było jej w Hogwarcie. Była w Nowym Jorku, w 17 wieku. Był zachód słońca, którego promienie delikatnie oświetlały uliczkę, żegnając się z nią. Miały sprawy do załatwienia w innych częściach świata. Młoda dziewczyna siedziała na ławce przy ulicy, po której co chwila przejeżdżały dorożki wiozące bogatą szlachtę. Ona jednak nie była w tej części hierarchii społecznej. To jednak nie przeszkadzało jej. Nie musiała przestrzegać rygorystycznych zasad, ubierać się w idealnie skrojone i zbyt długie skunie... Ona była wolna. Względnie wolna. Wstała i skierowała się w stronę swojego domu. Znajdował się on na uboczu miasta, więc musiała dość długo iść. Mijała niezliczoną ilość osób - od szlachty po pospólstwo. W pewnym momencie ktoś złapał ją za ramię i pociągnął lekko. Odwróciła się i ujrzała Luke'a. Luke był wysokim chłopcem o blond włosach i niebieskich oczach. Miał na sobie. . .
- Najpierw opiszmy wygląd, a potem co on w ogóle tutaj robi i kim on do cholery jest - westchnęła. - To ma być idealne i delikatne, a nie. Jeszcze raz.
...Luke'a. Rozejrzała się wokół. . .
- Bo mogła się też rozejrzeć wotrójkąt czy coś.
... i uśmiechnęła lekko. Luke był szlachcicem i nie wiedzieć czemu, przyczepił się do niej. To jednak nie był ten sposób "podążania" za drugą osobą, o jakim czytała w romantycznych książkach. Ten człowiek po prostu za nią chodził, wpadał na nią przy każdej okazji i rozmawiał z nią o dziwnych rzeczach. Mówił o marzeniach, o opowieściach przeczytanych w książkach i wszystko to ubierał w tak zgrabne słowa, że Maria musiała go słuchać. To było naturalne. Często odpowiadała na jego pytania, typu "o czym marzysz?" , "chciałabyś być łowcą smoków, czy wolałabyś je tresować?" ... To były ich tematy. Jednak zawsze widywali się właśnie w takich chwilach jak ta - kiedy niewiele było osób na ulicach. Ludzie nie patrzyliby na nich przychylnie. Szlachcic powinien rozmawiać tylko z innymi szlachcicami. Tak już jest.
- To może w końcu wygląd? Nie? Dobra...
Właśnie miała opisać dialog między Marią, a Lukiem, ale nie udało się jej to. Spojrzała bowiem na swoją torbę i doznała nagłego oświecenia.
***
Wychodzili już z sali Historii Magii - ostatniego w tym dniu przedmiotu-, kiedy Megan wbiegła między nich z wyraźnym tryumfem na twarzy. Syriusz i Peter zostali złapani i brutalnie pociągnięci za rękawy, zaś James z Remusem przywołani do porządku władczym głosem. Dziewczyna szła szybkim krokiem z przodu, w pewnym momencie teatralnie odgarniając włosy na plecy. Miała na sobie mundurek, ale z uwagi na jej charakter wyróżniał ją plecak, który bardziej przypominał głowę maskotki-lwa. Przynajmniej tematycznie.
Night zaprowadziła ich w jeden z wielu zaułków szkolnych. Usiadła na dość niskim i szerokim parapecie bez słowa i w tej samej ciszy zaczęła wyciągać z plecaka dziwne przedmioty - mały, srebrny nóż z rzeźbioną, biało-szkarłatną rączką, wyglądający na bardzo drogi, notatnik oprawiony w skórę, naszyjnik przypominający nieśmiertelnik. Chłopcy jeden po drugim siadali na ziemi przed dziewczyną. Ona tylko rozejrzała się wokół, odłożyła swój plecak na ziemię i westchnęła,
- Kojarzyłam ten symbol. Wiedziałam, że skądś go znam. I wiecie, co się okazało? Że rzeczywiście, widziałam go już. I to nie w typowych momentach życia. Te rzeczy - skinęła głową w stronę przedmiotów wyciągniętych z torby; mówiła bezbarwnym, momentami pretensjonalnym tonem - miałam w pokoju. Notatnik jest prawie pusty, zapisane są w nim cztery strony. Najlepszym jest fakt, że to muszą - tu uniosła wskazujący palec - być ostatnie cztery strony całej historii, która była zapisana w poprzednim, albo nawet poprzednich notatnikach. Bo tak to wygląda, posłuchajcie.
I zaczęła czytać.
- Kojarzyłam ten symbol. Wiedziałam, że skądś go znam. I wiecie, co się okazało? Że rzeczywiście, widziałam go już. I to nie w typowych momentach życia. Te rzeczy - skinęła głową w stronę przedmiotów wyciągniętych z torby; mówiła bezbarwnym, momentami pretensjonalnym tonem - miałam w pokoju. Notatnik jest prawie pusty, zapisane są w nim cztery strony. Najlepszym jest fakt, że to muszą - tu uniosła wskazujący palec - być ostatnie cztery strony całej historii, która była zapisana w poprzednim, albo nawet poprzednich notatnikach. Bo tak to wygląda, posłuchajcie.
I zaczęła czytać.
Byłem w wielu miejscach świata, zrobiłem wiele. Nie muszę już dłużej żyć. Wszystko zaplanowałem, wszystko jest idealne i dopracowane. Artefakt ocalony, już jest w drodze do bezpiecznego miejsca. Moi bracia będą bronić twierdzy tak długo, jak będzie to możliwe. Ale do środka i tak nie wejdą. Zamek ochroniłem jego mocą. To nie było proste zadanie - wiem przecież, jak działa Artefakt, wiem, jakie są konsekwencje jego używania. Myślę jednak, że uodporniłem się na nie. Zdążyłem już oszaleć i zagubić zdrowy umysł. W mojej głowie pozostały tylko nauki z młodości, te podstawowe - wysuń, wbij, odłóż ciało, wsuń, uciekaj. Nie daj się wykryć. Nie narażaj bractwa. Nie zabijaj niewinnych. A zabiłem wielu. Ale to inne życie, w tamtym błądziłem wiele. Później to zrozumiałem, a jeszcze później przyznałem się do wielkiego błędu. Teraz umrę tutaj, w moim ulubionym miejscu - bibliotece. W ręku trzymam nasze Kredo. Jest ciężkie, martwię się o to. Myślę, że mogłem zdziałać więcej, na przykład streścić je. Byłoby bardziej przejrzyste, nowicjusze nie mieliby problemu z jego zapamiętaniem. Ale cóż, teraz nic już nie zrobię. Może moi następcy, tak, oni na pewno o tym pomyślą. To dobrzy ludzie i jeszcze lepsi uczniowie. Czasami myślę, że przewyższyli i mnie. Nie popełniają tak wielkich błędów. To jednak nie wszystko, bo przecież jest wiele dróg... Tyle rzeczy mogą wybrać, tyle innych złych decyzji podjąć. Tego się obawiam. Że nie dadzą sobie rady. Wiem też, że to, co stanie się za kilka godzin na dziedzińcu będzie okropne. Umrze tak wiele członków Bractwa... Lecz oni wiedzą, że tak trzeba. Tamci muszą myśleć, że Artefakt przepadł, ja razem z nim i z Nas nikt nie pozostał. To jest ważne, tak musi być. Tylko tak Go ochronimy. Poza tym, oni nie mają już władców. Śmiem myśleć, że nie będzie z nimi tak wielkiego problemu. Powiedziałbym więcej - jeśli moi uczniowie są tak dobrzy, za jakich ich uważam, walka będzie długa i krwawa. I może nawet uda nam się wygrać. Rozważyłem taką ewentualność i powiedziałem im wszystkim, co następuje: "jeżeli ktokolwiek z was przeżyje, jedźcie za nimi i znajdźcie ich swoimi umiejętnościami; potem pomóżcie im odrodzić Bractwo tam; to wy będziecie Mistrzami." Tak musi być, to cały czas jest w mojej głowie. Tak musi być.
Teraz pozostaje mi tylko powtarzać sobie to jak mantrę. Z małymi przerwami na najważniejsze:
Nic nie jest prawdziwe,
Wszystko jest dozwolone.
Teraz pozostaje mi tylko powtarzać sobie to jak mantrę. Z małymi przerwami na najważniejsze:
Nic nie jest prawdziwe,
Wszystko jest dozwolone.
Megan skończyła czytać. Spojrzała na nich ze zmęczeniem w jasnobrązowych oczach. Huncwoci jednak tylko patrzeli po sobie, a ich twarze wyrażały zagubienie.
- Co to wszystko znaczy?
Night westchnęła.
- Gdybym wiedziała, nie martwiłabym się tak. Ale nie wiem. To wygląda na zakończenie historii, mówię. Ale nie ma w tym żadnych nazw, żadnych wskazówek, miejsc... Nic. Po prostu nic.
Remus oprał głowę o ścianę po swojej prawej. Zrobił to dość gwałtownie. Jego mózg wydawał się być wypełniony jakimś gęstym i klejącym płynem, który uniemożliwiał mu prawidłową pracę. To było okropne.
- Ja znam skądś te słowa z końca - mruknął bardziej do siebie, ale i tak wszyscy na niego spojrzeli. - Na prawdę je znam, no! Ale nie potrafię sobie przypomnieć... Ugh!
Syriusz, który siedział obok niego, położył mu dłoń na ramieniu i odezwał się:
- A co z resztą?
Megan jakby wyrwana z głębokiego zamyślenia spojrzała na pozostałe przedmioty.
- To jest nóż do rzucania - wzięła ostry przedmiot do ręki. - Nie wiem tylko, dlaczego się nie stępił. Nie ostrzyłam go od kilku lat, a znalazłam, kiedy miałam sześć lat. Nigdy nikomu go nie pokazywałam, ale on ma ten symbol tutaj - wskazała na miejsce złączenia klingi z ostrzem. Rzeczywiście był tam niezrozumiały trójkąt. Podała im nóż.
Chłopcy patrzyli na niego niepewnie. Peter trzymał go z dłoniach jak pajęczaka, który w każdej chwili może go zaatakować. James przejechał palcem po ostrzu. Syriusz lekko dotknął czubka, a na opuszku jego palca pokazała się mała, czerwona kropka. Remus wziął nóż i rzucił nim w drewnianą ramę okna. Wbił się idealnie po środku listwy z głuchym stuknięciem.
- Jest bardzo ostry - stwierdził.
- Bardzo, bardzo - skwitowała Megan. - Ato jest jedna z bardziej zastanawiających rzeczy. - Powiedziała, unosząc naszyjnik. - Ma wypalony znak i z tej strony jest srebrny. Jak obrócę go na drugą stronę, wygląda jak szkiełko, prześwituje prawie cały. Widać tylko literki.
- Jakie? - Zapytali Huncwoci równocześnie.
- Dwa A - powiedziała z westchnieniem.
- Oddzielone kropkami? Pokaż - mruknął Syriusz i zabrał Megan wisiorek. Przyglądał się mu przez chwilę, a potem zmarszczył brwi. - Może to inicjały?
- Ale kogo... - Jęknął Peter.
Remus zrobił duże oczy i nabrał powietrza.
- Wiem - powiedział. - Kto krzyczał, kiedy pytałem o symbol? Kto zakazał mi szukać odpowiedzi??
Przyjaciele spojrzeli na niego zdumieni.
- Co to wszystko znaczy?
Night westchnęła.
- Gdybym wiedziała, nie martwiłabym się tak. Ale nie wiem. To wygląda na zakończenie historii, mówię. Ale nie ma w tym żadnych nazw, żadnych wskazówek, miejsc... Nic. Po prostu nic.
Remus oprał głowę o ścianę po swojej prawej. Zrobił to dość gwałtownie. Jego mózg wydawał się być wypełniony jakimś gęstym i klejącym płynem, który uniemożliwiał mu prawidłową pracę. To było okropne.
- Ja znam skądś te słowa z końca - mruknął bardziej do siebie, ale i tak wszyscy na niego spojrzeli. - Na prawdę je znam, no! Ale nie potrafię sobie przypomnieć... Ugh!
Syriusz, który siedział obok niego, położył mu dłoń na ramieniu i odezwał się:
- A co z resztą?
Megan jakby wyrwana z głębokiego zamyślenia spojrzała na pozostałe przedmioty.
- To jest nóż do rzucania - wzięła ostry przedmiot do ręki. - Nie wiem tylko, dlaczego się nie stępił. Nie ostrzyłam go od kilku lat, a znalazłam, kiedy miałam sześć lat. Nigdy nikomu go nie pokazywałam, ale on ma ten symbol tutaj - wskazała na miejsce złączenia klingi z ostrzem. Rzeczywiście był tam niezrozumiały trójkąt. Podała im nóż.
Chłopcy patrzyli na niego niepewnie. Peter trzymał go z dłoniach jak pajęczaka, który w każdej chwili może go zaatakować. James przejechał palcem po ostrzu. Syriusz lekko dotknął czubka, a na opuszku jego palca pokazała się mała, czerwona kropka. Remus wziął nóż i rzucił nim w drewnianą ramę okna. Wbił się idealnie po środku listwy z głuchym stuknięciem.
- Jest bardzo ostry - stwierdził.
- Bardzo, bardzo - skwitowała Megan. - Ato jest jedna z bardziej zastanawiających rzeczy. - Powiedziała, unosząc naszyjnik. - Ma wypalony znak i z tej strony jest srebrny. Jak obrócę go na drugą stronę, wygląda jak szkiełko, prześwituje prawie cały. Widać tylko literki.
- Jakie? - Zapytali Huncwoci równocześnie.
- Dwa A - powiedziała z westchnieniem.
- Oddzielone kropkami? Pokaż - mruknął Syriusz i zabrał Megan wisiorek. Przyglądał się mu przez chwilę, a potem zmarszczył brwi. - Może to inicjały?
- Ale kogo... - Jęknął Peter.
Remus zrobił duże oczy i nabrał powietrza.
- Wiem - powiedział. - Kto krzyczał, kiedy pytałem o symbol? Kto zakazał mi szukać odpowiedzi??
Przyjaciele spojrzeli na niego zdumieni.
piątek, 19 lutego 2016
Problemy rodzinne i komputerowe.
Siemka Wąchacze! Notki nie było miesiąc, ale już się pisze, więc jest ok. A nie było jej z powodu, który jest w temacie. Ten rok zapowiadał mi się tak fajnie, a teraz wszystko się spieprzyło. Problemy z głupim odpałem wujka i poważna choroba kuzynki to rzeczy, które aktualnie mnie dobijają. Do tego fakt, że zalałam laptopa i może teraz jest wszystko ok, bo tata wymienił klawiaturę i jest w porząsiu, ale sama sytuacja jest nieprzyjemna.
Do tego pragnę powiedzieć też dwie pozytywne rzeczy:
- Mam już 16 lat, skończyłam je w środę.
- Jestem jedyną osobą z klasy, która z testu z 1st semestru dostała 5.
XD
Także jest też pozytywnie. Piszę, poza tym mam ambitne plany co do mojego pisarskiego rozwoju... No, będzie zaebyście. Tak planuję XD
Do jutra!!
Do tego pragnę powiedzieć też dwie pozytywne rzeczy:
- Mam już 16 lat, skończyłam je w środę.
- Jestem jedyną osobą z klasy, która z testu z 1st semestru dostała 5.
XD
Także jest też pozytywnie. Piszę, poza tym mam ambitne plany co do mojego pisarskiego rozwoju... No, będzie zaebyście. Tak planuję XD
Do jutra!!
Lunaris
wtorek, 26 stycznia 2016
Rozdział 36.
Z lekkim opóźnieniem, ale jest! Wiecie co... Ja dam sobie spokój z tym wtorkiem i jakimś opowiadaniem. Zajmuję się jeszcze poprawianiem mojej książki i dodając do tego bloga to mam dość pisania XD Ale.
Rozdzialik prosty, przyjemny, średniej długości. Zapraszam!
Rozdzialik prosty, przyjemny, średniej długości. Zapraszam!
____________________________________________________________________________________________
Wychodząc z klasy pani Auditore, Remus
był dość roztrzęsiony. Co takiego oznaczał ten symbol? Dlaczego nauczycielka
tak bardzo broniła tego sekretu? Czy miała coś wspólnego z tym ugrupowaniem,
skoro książka należała do niej? Te pytania krążyły w jego głowie cały czas.
Wiedział, że źle robią, że rzeczywiście powinni zaprzestać poszukiwań… Ale
skoro Remus widział już ten symbol, skoro nawet mu się śnił i do tego znaleźli
ten pas… Coś musiało być na rzeczy. To były powody, dla których postanowił sam
z siebie zaproponować złamanie narzuconych przez nauczycielkę zasad. Uśmiechnął
się lekko i usiadł na parapecie zaraz obok Jamesa.
- To jak zamierzamy to zrobić? – Zapytał okularnik.
Zapadła chwila ciszy.
- Megan nam pomoże… - Zaczął Remus.
- Nie możemy polegać tylko na niej – wtrącił gniewnie Syriusz. – Jest mądra i przebiegła, ale nie ona znalazła ten znak.
Peter spojrzał na niego rozbawiony.
- Jesteś zazdrosny? – Zapytał.
- O co niby – warknął Black.
- O to, że Megan zawsze jest gdzieś przy nas i momentami staje się częścią naszych planów…
Syriusz nonszalancko przeczesał dłonią swoje sięgające ramion, czarne włosy i westchnął.
- To jest bez sensu. Wpieprza się. To my jesteśmy Huncwotami, nie ona, do cholery. A jest wszędzie, gdzie my. Przy naszej kłótni była, nawet brała w niej udział. Teraz też jest. Mógłbym wymienić co najmniej dwadzieścia kolejnych momentów życia, kiedy ona też z nami była! Nie należy do nas. – Powiedział i oparł się o ścianę.
Reszta Huncwotów spojrzała na siebie z rozbawieniem na twarzy.
- Może, ale czy to nie jest fajne? Dziewczyna z podobnymi do nas zainteresowaniami, ładna, przebiegła… - zaczął wymieniać James.
- To nie jest fajne – mruknął Black.
- A mi się wydaję, że to, co robisz to swego rodzaju chamski podryw. Podoba ci się, więc po niej jedziesz – Remus wzruszył ramionami i obejrzał się za siebie, wyglądając przez okno. Po zimie nie było już prawie śladu. Kwiaty zaczynały powoli rozkwitać, trawa z żółtego koloru, zmieniała się w zieloną, zwierzęta budziły się i przede wszystkim – robiło się ciepło. To było najważniejsze. Może nie dla Remusa, który nie odczuwał zmian temperatur, ale dla innych, tych normalnych uczniów już tak.
- Błagam cię, Lupin. Ja i Night? Poza tym, ona jest starsza, jak ty. Fuu – podsumował Syriusz tonem kończącym rozmowę.
Wszyscy wzruszyli ramionami. Bycie ze straszą dziewczyną jakoś ich nie kręciło. Na razie.
Remus wstał.
- Chodźmy powoli. Musimy dojść do lochów. Eliksiry – powiedział.
Odpowiedział mu cichy jęk załamanego człowieka, wydobywający się z ust Petera. On chyba najbardziej z nich wszystkich nienawidził tego przedmiotu.
- Pet, dlaczego ty tak nie lubisz elków? – Zagadnął chłopaka Syriusz, kiedy schodzili po schodach.
- Po prostu. Trzeba się stuprocentowo trzymać przepisu. I śmierdzi – Pettigrew zmarszczył nos.
- Ale przecież gotujesz. No to też masz tam przepis…
- Tylko, że nie muszę się go rygorystycznie trzymać. Nie jest tak, że kiedy dodam czegoś trochę za dużo, to umrę jak będę jadł.
- A ta ryba? Fugu? Jak źle ją pokroisz to możesz kogoś zabić – wtrącił James.
- No może jest kilka takich potraw. Ale tylko kilka. A w eliksirach prawie zawsze tak jest – Peter zaciekle bronił swojego stanowiska.
- Ja tam rozumiem Petera. To jest irytujące, kiedy musisz trzymać się tak rygorystycznie tego, co ktoś ci napisał. I robić wszystko tak dokładnie – powiedział Remus.
- TY – zaakcentował Syriusz – się nie odzywaj. Bo TY i tak sobie radzisz. Zawsze i wszędzie.
Mina Blacka była tak zabawna, że musieli się zaśmiać.
Pod klasę dotarli równo z dzwonkiem. Wszyscy już tam stali, a oni wbiegli w ludzi z głośnym śmiechem.
- Potter, Black, Pettigrew i Lupin! – Krzyknął Slughorn. – Co wy sobie wyobrażacie? Zachowujecie się jak dzieci! Jesteście na drugim roku nauki, a zachowujecie się jak sześciolatki! Gryffindor traci przez was dziesięć punktów!
Chłopcy zrobili miny z serii „co” i spojrzeli na nauczyciela.
- Ale jak my nic nie zrobiliśmy – krzyknął Syriusz i rozłożył ręce.
- Jak to? A spóźnienie na lekcję?
- Byliśmy równo z dzwonkiem tutaj!
- I to w jakim stylu! Wbiegliście w kolegów. Mogło się coś stać!
- Ale nic się nie stało! Wszyscy są cali i zdrowi, żadnych ran, złamań, nic!
- Black nie kłóć się ze mną!
- Będę, bo jest pan nie fair w stosunku do nas i tyle – warknął Syriusz.
- Masz szlaban!
- No i za co niby??
- Za pyskowanie. Koniec. Dzisiaj o siedemnastej do mojego gabinetu. Nie chcę słyszeć ani słowa więcej. Wchodzić – nauczyciel zakończył tą kłótnię zirytowanym głosem, patrząc na Syriusza spojrzeniem mogącym zabić.
Uczniowie weszli do klasy zaraz za nauczycielem, a czarnowłosy ociągał się najbardziej. Wszedł ostatni, głośno zamykając drzwi.
- Jeszcze coś, panie Black? – Zapytał Slughorn wściekle.
- Nie przyjdę do pana – powiedział Syriusz.
- A to dlaczego?
- Bo nie mam powodu – chłopak wzruszył nonszalancko ramionami.
- Czy niewystarczającym dla ciebie powodem jest fakt, że ja każę ci to zrobić?
- Dokładnie. Skąd pan wiedział? – Syriusz uniósł teatralnie brwi.
Remus westchnął głośno. Cała klasa w napięciu słuchała wymiany zdań pomiędzy uczniem i nauczycielem. Kiedy profesor Slughorn się zdenerwuje, nie da za wygraną. Jeszcze nikt nie złamał złego nauczyciela eliksirów.
- Black, zaraz odejmę twojemu domowi kolejne punkty, proszę przestać się ze mną kłócić!
- Ależ ja się nie kłócę. Ja tylko informuję pana o zaistniałej sytuacji. Nie przyjdę, bo nie ma pan prawa dawać mi szlabanu za to, że bronię swojej niewinności. Nic się nie stało, nie miał pan żadnych podstaw do odejmowania punktów Gryffindorowi. Tyle panu powiem.
Nauczyciel zrobił się czerwony jak burak i zacisnął usta.
- Miałem podstawy! – Krzyknął.
- Proszę mi je więc wyłożyć, ponieważ ich nie dostrzegam – Syriusz uśmiechnął się w jego stronę miło.
- Spóźniliście się, wbiegliście w kolegów, co mogło skończyć się nieprzyjemnymi konsekwencjami.
Black zaśmiał się lekko.
- Po pierwsze, nie spóźniliśmy się, a przybiegliśmy równo z dzwonkiem. Po drugie, nikomu nic się nie stało, powiem więcej, wszyscy śmiali się z tej sytuacji! A to, co pan mówi, to tak, jakby wchodząc do klasy, odejmował pan po dwadzieścia punktów każdemu domowi, bo w czasie lekcji ktoś mógłby coś zrobić. Nie jest pan, z całym szacunkiem oczywiście, jasnowidzem, a nauczycielem eliksirów.
Po zakończonej przemowie nastała pełna napięcia cisza. Wszyscy zerkali to na profesora, to na chłopaka. Po chwili ten pierwszy odezwał się, a raczej warknął.
- Na miejsce Black! Nie chcę tracić na ciebie czasu. Odwołuję ci szlaban i dodaję te dziesięć punktów Gryffindorowi, ale wiedz, że to ostatni raz!
- Oczywiście – Syriusz odszedł do przyjaciół z wyraźnym tryumfem na twarzy. Wszyscy patrzeli na niego z podziwem.
***
O wyczynie Blacka mówiono przez cały dzień. Nawet wtedy, gdy Lucjusz Malfoy wyśmiał nauczycielkę mugoloznawstwa, która potem płakała przez całą lekcję. Nawet wtedy cała szkoła żyła tym, co zrobił ten młodszy. Nie, żeby chłopak czuł się z tym źle. Wręcz przeciwnie. Napawał się tym. Bawiło to jego przyjaciół… Za wyjątkiem Remusa.
- Po co się z nim kłóciłeś?? – Zapytał go na obiedzie.
- Oj, przestań. Nie mam szlabanu, dodał nam tamte punkty… A ty jeszcze masz problem? – Pokręcił głową i nałożył sobie pierś z kurczaka na talerz.
- Tak, bo przesadziłeś – mruknął Lupin.
- Przesadził? To było idealne! – Powiedziała z podziwem Eleanor, siadając naprzeciwko nich. – Nikt, rozumiecie, nikt nigdy go nie złamał. Syriusz… Brawo – dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- To jak zamierzamy to zrobić? – Zapytał okularnik.
Zapadła chwila ciszy.
- Megan nam pomoże… - Zaczął Remus.
- Nie możemy polegać tylko na niej – wtrącił gniewnie Syriusz. – Jest mądra i przebiegła, ale nie ona znalazła ten znak.
Peter spojrzał na niego rozbawiony.
- Jesteś zazdrosny? – Zapytał.
- O co niby – warknął Black.
- O to, że Megan zawsze jest gdzieś przy nas i momentami staje się częścią naszych planów…
Syriusz nonszalancko przeczesał dłonią swoje sięgające ramion, czarne włosy i westchnął.
- To jest bez sensu. Wpieprza się. To my jesteśmy Huncwotami, nie ona, do cholery. A jest wszędzie, gdzie my. Przy naszej kłótni była, nawet brała w niej udział. Teraz też jest. Mógłbym wymienić co najmniej dwadzieścia kolejnych momentów życia, kiedy ona też z nami była! Nie należy do nas. – Powiedział i oparł się o ścianę.
Reszta Huncwotów spojrzała na siebie z rozbawieniem na twarzy.
- Może, ale czy to nie jest fajne? Dziewczyna z podobnymi do nas zainteresowaniami, ładna, przebiegła… - zaczął wymieniać James.
- To nie jest fajne – mruknął Black.
- A mi się wydaję, że to, co robisz to swego rodzaju chamski podryw. Podoba ci się, więc po niej jedziesz – Remus wzruszył ramionami i obejrzał się za siebie, wyglądając przez okno. Po zimie nie było już prawie śladu. Kwiaty zaczynały powoli rozkwitać, trawa z żółtego koloru, zmieniała się w zieloną, zwierzęta budziły się i przede wszystkim – robiło się ciepło. To było najważniejsze. Może nie dla Remusa, który nie odczuwał zmian temperatur, ale dla innych, tych normalnych uczniów już tak.
- Błagam cię, Lupin. Ja i Night? Poza tym, ona jest starsza, jak ty. Fuu – podsumował Syriusz tonem kończącym rozmowę.
Wszyscy wzruszyli ramionami. Bycie ze straszą dziewczyną jakoś ich nie kręciło. Na razie.
Remus wstał.
- Chodźmy powoli. Musimy dojść do lochów. Eliksiry – powiedział.
Odpowiedział mu cichy jęk załamanego człowieka, wydobywający się z ust Petera. On chyba najbardziej z nich wszystkich nienawidził tego przedmiotu.
- Pet, dlaczego ty tak nie lubisz elków? – Zagadnął chłopaka Syriusz, kiedy schodzili po schodach.
- Po prostu. Trzeba się stuprocentowo trzymać przepisu. I śmierdzi – Pettigrew zmarszczył nos.
- Ale przecież gotujesz. No to też masz tam przepis…
- Tylko, że nie muszę się go rygorystycznie trzymać. Nie jest tak, że kiedy dodam czegoś trochę za dużo, to umrę jak będę jadł.
- A ta ryba? Fugu? Jak źle ją pokroisz to możesz kogoś zabić – wtrącił James.
- No może jest kilka takich potraw. Ale tylko kilka. A w eliksirach prawie zawsze tak jest – Peter zaciekle bronił swojego stanowiska.
- Ja tam rozumiem Petera. To jest irytujące, kiedy musisz trzymać się tak rygorystycznie tego, co ktoś ci napisał. I robić wszystko tak dokładnie – powiedział Remus.
- TY – zaakcentował Syriusz – się nie odzywaj. Bo TY i tak sobie radzisz. Zawsze i wszędzie.
Mina Blacka była tak zabawna, że musieli się zaśmiać.
Pod klasę dotarli równo z dzwonkiem. Wszyscy już tam stali, a oni wbiegli w ludzi z głośnym śmiechem.
- Potter, Black, Pettigrew i Lupin! – Krzyknął Slughorn. – Co wy sobie wyobrażacie? Zachowujecie się jak dzieci! Jesteście na drugim roku nauki, a zachowujecie się jak sześciolatki! Gryffindor traci przez was dziesięć punktów!
Chłopcy zrobili miny z serii „co” i spojrzeli na nauczyciela.
- Ale jak my nic nie zrobiliśmy – krzyknął Syriusz i rozłożył ręce.
- Jak to? A spóźnienie na lekcję?
- Byliśmy równo z dzwonkiem tutaj!
- I to w jakim stylu! Wbiegliście w kolegów. Mogło się coś stać!
- Ale nic się nie stało! Wszyscy są cali i zdrowi, żadnych ran, złamań, nic!
- Black nie kłóć się ze mną!
- Będę, bo jest pan nie fair w stosunku do nas i tyle – warknął Syriusz.
- Masz szlaban!
- No i za co niby??
- Za pyskowanie. Koniec. Dzisiaj o siedemnastej do mojego gabinetu. Nie chcę słyszeć ani słowa więcej. Wchodzić – nauczyciel zakończył tą kłótnię zirytowanym głosem, patrząc na Syriusza spojrzeniem mogącym zabić.
Uczniowie weszli do klasy zaraz za nauczycielem, a czarnowłosy ociągał się najbardziej. Wszedł ostatni, głośno zamykając drzwi.
- Jeszcze coś, panie Black? – Zapytał Slughorn wściekle.
- Nie przyjdę do pana – powiedział Syriusz.
- A to dlaczego?
- Bo nie mam powodu – chłopak wzruszył nonszalancko ramionami.
- Czy niewystarczającym dla ciebie powodem jest fakt, że ja każę ci to zrobić?
- Dokładnie. Skąd pan wiedział? – Syriusz uniósł teatralnie brwi.
Remus westchnął głośno. Cała klasa w napięciu słuchała wymiany zdań pomiędzy uczniem i nauczycielem. Kiedy profesor Slughorn się zdenerwuje, nie da za wygraną. Jeszcze nikt nie złamał złego nauczyciela eliksirów.
- Black, zaraz odejmę twojemu domowi kolejne punkty, proszę przestać się ze mną kłócić!
- Ależ ja się nie kłócę. Ja tylko informuję pana o zaistniałej sytuacji. Nie przyjdę, bo nie ma pan prawa dawać mi szlabanu za to, że bronię swojej niewinności. Nic się nie stało, nie miał pan żadnych podstaw do odejmowania punktów Gryffindorowi. Tyle panu powiem.
Nauczyciel zrobił się czerwony jak burak i zacisnął usta.
- Miałem podstawy! – Krzyknął.
- Proszę mi je więc wyłożyć, ponieważ ich nie dostrzegam – Syriusz uśmiechnął się w jego stronę miło.
- Spóźniliście się, wbiegliście w kolegów, co mogło skończyć się nieprzyjemnymi konsekwencjami.
Black zaśmiał się lekko.
- Po pierwsze, nie spóźniliśmy się, a przybiegliśmy równo z dzwonkiem. Po drugie, nikomu nic się nie stało, powiem więcej, wszyscy śmiali się z tej sytuacji! A to, co pan mówi, to tak, jakby wchodząc do klasy, odejmował pan po dwadzieścia punktów każdemu domowi, bo w czasie lekcji ktoś mógłby coś zrobić. Nie jest pan, z całym szacunkiem oczywiście, jasnowidzem, a nauczycielem eliksirów.
Po zakończonej przemowie nastała pełna napięcia cisza. Wszyscy zerkali to na profesora, to na chłopaka. Po chwili ten pierwszy odezwał się, a raczej warknął.
- Na miejsce Black! Nie chcę tracić na ciebie czasu. Odwołuję ci szlaban i dodaję te dziesięć punktów Gryffindorowi, ale wiedz, że to ostatni raz!
- Oczywiście – Syriusz odszedł do przyjaciół z wyraźnym tryumfem na twarzy. Wszyscy patrzeli na niego z podziwem.
***
O wyczynie Blacka mówiono przez cały dzień. Nawet wtedy, gdy Lucjusz Malfoy wyśmiał nauczycielkę mugoloznawstwa, która potem płakała przez całą lekcję. Nawet wtedy cała szkoła żyła tym, co zrobił ten młodszy. Nie, żeby chłopak czuł się z tym źle. Wręcz przeciwnie. Napawał się tym. Bawiło to jego przyjaciół… Za wyjątkiem Remusa.
- Po co się z nim kłóciłeś?? – Zapytał go na obiedzie.
- Oj, przestań. Nie mam szlabanu, dodał nam tamte punkty… A ty jeszcze masz problem? – Pokręcił głową i nałożył sobie pierś z kurczaka na talerz.
- Tak, bo przesadziłeś – mruknął Lupin.
- Przesadził? To było idealne! – Powiedziała z podziwem Eleanor, siadając naprzeciwko nich. – Nikt, rozumiecie, nikt nigdy go nie złamał. Syriusz… Brawo – dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
Chłopak
posłał jej tylko jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów i zaczął jeść.
Remus pokręcił głową z dezaprobatą, ale również z uśmiechem na ustach.
- Teraz literatura z krukonami, czujecie to? – Zagadnęła ich Megan.
- Co się tak do tego palisz, co? – Zapytał James, patrząc na nią znad wielkiej góry sałatki z kurczakiem.
- Megan uwielbia pisać – powiedziała Dorcas, patrząc w niebo. A w zasadzie w sufit.
- Nie tylko ona – wtrącił z rozbawieniem Damien, siedzący obok dziewczyny. Jakoś tak się ułożyło, że praktycznie cały drugi rocznik z Gryffindoru siedział obok siebie. Nawet Kingsley.
- Ty też? – Remus załamał się lekko.
- Nie, nie ja. Erick – blondyn spojrzał na swojego sąsiada, który siedział uśmiechnięty.
- Taak! Już nie mogę się doczekać tej literatury. To będzie świetne – uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Erick, czemu my nigdy nic razem nie napisaliśmy, co? – Głos Megan był wzburzony. Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę i odchyliła się lekko w tył.
- Nie wiem! To jest okropne! – Lawson otworzył szeroko oczy i rozchylił usta.
Siedzący naokoło nich ludzie westchnęli głęboko, a po chwili wszyscy zaczęli się śmiać. Cały stół gryfonów spojrzał na drugorocznych z dezaprobatą.
- A ty Dorcas też nie bądź taka negatywna! Przecież widziałem, że coś tam skrobiesz na lekcjach – powiedział Syriusz. Przyjaciele spojrzeli na niego.
- Co? Ja? Nie… - Dziewczyna zaczerwieniła się lekko.
- Jak nie? Przecież siedzę obok ciebie na OPCM. Piszesz wierszyki!
Meadowes wgryzła się w swoją dolną wargę.
- To słodkie. Ja na przykład nie umiem pisać wierszy. Zdobyłam pierwsze miejsce w konkursie pisarskim, ale za opowiadanie detektywistyczne. Rymy są dla mnie obce – Megan wzruszyła ramionami.
- A ty Erick? – Zapytał Kingsley. – Jesteś poetą?
- Znam słowa o poetach, że są nieszczęśliwi. Wpół nadludzcy, wpół ludzcy, a tylko ćwierć żywi, lunatyczni jak światło, księżycowi poeci, których duch ponad światem z kometami gdzieś leci.* - Wyrecytował z piękną dykcją chłopak, ale zaraz dodał. – Lecz sam rymów nie rozumiem, a gdy je stworze, niech Merlin wam dopomoże.
- Teraz literatura z krukonami, czujecie to? – Zagadnęła ich Megan.
- Co się tak do tego palisz, co? – Zapytał James, patrząc na nią znad wielkiej góry sałatki z kurczakiem.
- Megan uwielbia pisać – powiedziała Dorcas, patrząc w niebo. A w zasadzie w sufit.
- Nie tylko ona – wtrącił z rozbawieniem Damien, siedzący obok dziewczyny. Jakoś tak się ułożyło, że praktycznie cały drugi rocznik z Gryffindoru siedział obok siebie. Nawet Kingsley.
- Ty też? – Remus załamał się lekko.
- Nie, nie ja. Erick – blondyn spojrzał na swojego sąsiada, który siedział uśmiechnięty.
- Taak! Już nie mogę się doczekać tej literatury. To będzie świetne – uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Erick, czemu my nigdy nic razem nie napisaliśmy, co? – Głos Megan był wzburzony. Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę i odchyliła się lekko w tył.
- Nie wiem! To jest okropne! – Lawson otworzył szeroko oczy i rozchylił usta.
Siedzący naokoło nich ludzie westchnęli głęboko, a po chwili wszyscy zaczęli się śmiać. Cały stół gryfonów spojrzał na drugorocznych z dezaprobatą.
- A ty Dorcas też nie bądź taka negatywna! Przecież widziałem, że coś tam skrobiesz na lekcjach – powiedział Syriusz. Przyjaciele spojrzeli na niego.
- Co? Ja? Nie… - Dziewczyna zaczerwieniła się lekko.
- Jak nie? Przecież siedzę obok ciebie na OPCM. Piszesz wierszyki!
Meadowes wgryzła się w swoją dolną wargę.
- To słodkie. Ja na przykład nie umiem pisać wierszy. Zdobyłam pierwsze miejsce w konkursie pisarskim, ale za opowiadanie detektywistyczne. Rymy są dla mnie obce – Megan wzruszyła ramionami.
- A ty Erick? – Zapytał Kingsley. – Jesteś poetą?
- Znam słowa o poetach, że są nieszczęśliwi. Wpół nadludzcy, wpół ludzcy, a tylko ćwierć żywi, lunatyczni jak światło, księżycowi poeci, których duch ponad światem z kometami gdzieś leci.* - Wyrecytował z piękną dykcją chłopak, ale zaraz dodał. – Lecz sam rymów nie rozumiem, a gdy je stworze, niech Merlin wam dopomoże.
Jego
słowa wywołały kolejną salwę śmiechu i gromkie brawa. Lawson ukłonił się lekko.
- Jesteście wszyscy nienormalni. Artyści – mruknął Kinglsey, a kilka osób spojrzało na swoje talerze. Kilka, czyli Dorcas, Megan, Erick, Remus i Damien… Ale także James i Syriusz. Dlaczego? Nie wiadomo.
***
Weszli do klasy. Night usiadła z Lawsonem w pierwszej ławce środkowego rzędu. Przyjaciele widząc to, zaśmiali się lekko. Oni spojrzeli tylko na siebie z uśmiechem i wyczekiwali, aż nauczycielka zacznie mówić. Megan zauważyła, – co nie było trudne – że kobieta nie ma na sobie szaty. Dredy spięła chustką, ubrała kremową koszulę i czarne, dopasowane, wytarte spodnie. Wyglądała jak zwyczajna osoba. Jej nadnaturalność zdradzała jedynie piękna, biała różdżka, którą dzierżyła w dłoni.
- Witajcie – przemówiła miłym, ciepłym głosem. – Pewnie dziwicie się, że takie mugolskie lekcje będą prowadzone w Hogwarcie, ale ministerstwo, jak to ministerstwo chciało pokazać, że troszczy się o waszą edukację i dodało takowe przedmioty do każdej szkoły. Po co? Żebyście wychodząc stąd, nie byli ułomami matematycznymi, znali chociaż kilka podstawowych lektur czarodziejskich i mieli jakąkolwiek koordynację fizyczną, nie związaną z qudditchem. Rozumiecie, co? – Uśmiechnęła się.
Klasa pokiwała głosami, ale dało się słyszeć również szepty.
- Powiedzcie mi… Czy ktokolwiek jest w ogóle pozytywnie nastawiony do mojego przedmiotu? – Zapytała.
Megan i Erick od razu podnieśli rękę. Poza nimi uczynili to także Dorcas i Remus, Lily i kilka osób z Ravenclawu. Nauczycielka uśmiechnęła się.
- Cieszę się. Myślałam, że wszyscy będziecie przychodzić na lekcje jak zombie, albo w ogóle was nie zobaczę – powiedziała. – Na tych lekcjach będziemy uczyć się pisania podstawowych form wypowiedzi, czyli listu, sprawozdania… Ale poza tym będziemy też czytać. O tak, kochani! – Zaśmiała się, kiedy po klasie przeszedł pomruk niezadowolenia. – Macie tak piękną bibliotekę! A pewnie niewielu z was korzysta z niej poza wypracowaniami i lekcjami, co? Ja to widzę. Jesteście przyziemni, mocno stający po ziemi. A te lekcje dadzą wam, choć trochę lekkości pisarzy! Może niektórzy odnajdą nawet pisarskie powołanie? Kto wie!
Megan wymieniła z Erickiem porozumiewawcze spojrzenia. Obydwoje uśmiechali się szeroko.
- W takim razie spytam od razu. Kto potrafi napisać list i jest w stanie wymienić mi jego cechy?
Oczywiście pierwsza ławka środkowego rzędu podniosła ręce. Poza nimi, uczyniło to kilka innych osób. Całą lekcję nauczycielka na zmianę zadawała im pytania i śmiała się z ich nikłej wiedzy. Zapisali obowiązkowe lektury i sposób oceniania, po czym profesorka zakończyła lekcję. Pochwaliła jeszcze pierwszą ławkę za aktywność i dodała dwadzieścia punktów gryfonom. Megan zdecydowanie polubiła tą kobietę. Była zabawna i wyluzowana.
- Jesteście wszyscy nienormalni. Artyści – mruknął Kinglsey, a kilka osób spojrzało na swoje talerze. Kilka, czyli Dorcas, Megan, Erick, Remus i Damien… Ale także James i Syriusz. Dlaczego? Nie wiadomo.
***
Weszli do klasy. Night usiadła z Lawsonem w pierwszej ławce środkowego rzędu. Przyjaciele widząc to, zaśmiali się lekko. Oni spojrzeli tylko na siebie z uśmiechem i wyczekiwali, aż nauczycielka zacznie mówić. Megan zauważyła, – co nie było trudne – że kobieta nie ma na sobie szaty. Dredy spięła chustką, ubrała kremową koszulę i czarne, dopasowane, wytarte spodnie. Wyglądała jak zwyczajna osoba. Jej nadnaturalność zdradzała jedynie piękna, biała różdżka, którą dzierżyła w dłoni.
- Witajcie – przemówiła miłym, ciepłym głosem. – Pewnie dziwicie się, że takie mugolskie lekcje będą prowadzone w Hogwarcie, ale ministerstwo, jak to ministerstwo chciało pokazać, że troszczy się o waszą edukację i dodało takowe przedmioty do każdej szkoły. Po co? Żebyście wychodząc stąd, nie byli ułomami matematycznymi, znali chociaż kilka podstawowych lektur czarodziejskich i mieli jakąkolwiek koordynację fizyczną, nie związaną z qudditchem. Rozumiecie, co? – Uśmiechnęła się.
Klasa pokiwała głosami, ale dało się słyszeć również szepty.
- Powiedzcie mi… Czy ktokolwiek jest w ogóle pozytywnie nastawiony do mojego przedmiotu? – Zapytała.
Megan i Erick od razu podnieśli rękę. Poza nimi uczynili to także Dorcas i Remus, Lily i kilka osób z Ravenclawu. Nauczycielka uśmiechnęła się.
- Cieszę się. Myślałam, że wszyscy będziecie przychodzić na lekcje jak zombie, albo w ogóle was nie zobaczę – powiedziała. – Na tych lekcjach będziemy uczyć się pisania podstawowych form wypowiedzi, czyli listu, sprawozdania… Ale poza tym będziemy też czytać. O tak, kochani! – Zaśmiała się, kiedy po klasie przeszedł pomruk niezadowolenia. – Macie tak piękną bibliotekę! A pewnie niewielu z was korzysta z niej poza wypracowaniami i lekcjami, co? Ja to widzę. Jesteście przyziemni, mocno stający po ziemi. A te lekcje dadzą wam, choć trochę lekkości pisarzy! Może niektórzy odnajdą nawet pisarskie powołanie? Kto wie!
Megan wymieniła z Erickiem porozumiewawcze spojrzenia. Obydwoje uśmiechali się szeroko.
- W takim razie spytam od razu. Kto potrafi napisać list i jest w stanie wymienić mi jego cechy?
Oczywiście pierwsza ławka środkowego rzędu podniosła ręce. Poza nimi, uczyniło to kilka innych osób. Całą lekcję nauczycielka na zmianę zadawała im pytania i śmiała się z ich nikłej wiedzy. Zapisali obowiązkowe lektury i sposób oceniania, po czym profesorka zakończyła lekcję. Pochwaliła jeszcze pierwszą ławkę za aktywność i dodała dwadzieścia punktów gryfonom. Megan zdecydowanie polubiła tą kobietę. Była zabawna i wyluzowana.
* - Zygmunt Jan Rumel "O poetach"
Lunaris
niedziela, 17 stycznia 2016
Rozdział 35.
Koniec semestru trochę namieszał mi w harmonogramie pisania... Ale udało mi się to wszystko na tyle, że nie mam żadnej 3, a moja średnia to 4,47. W 3gim to chyba nie aż tak źle, co? Teraz też nie szczególnie ten rozdział wyszedł późno, bo nie dość, że mam okres, to jeszcze dopadła mnie grypa, także ogółem wstałam o 9, zjadłam, poszłam spać, wstałam o 13 zjadłam, poszłam spać, wstałam o 15:30 i piszę. Także wiecie. Tragedia :c
Proszę rozdział i mówię z góry, że już nie będę dopasowywać muzyki do czasów Huncwotów. Jeśli gdziekolwiek pojawi się jakakolwiek piosenka to będzie ona z naszych czasów i będzie to najpewniej coś w stuli Adam Lambert/1D/JB bo jakoś teraz tego słucham. Znaczy Adasia zawsze słucham, bo jestem jego fanką, ale... Ej. Rozdział.
Proszę, czytajcie, chociaż wiele to tego nie ma :D
Proszę rozdział i mówię z góry, że już nie będę dopasowywać muzyki do czasów Huncwotów. Jeśli gdziekolwiek pojawi się jakakolwiek piosenka to będzie ona z naszych czasów i będzie to najpewniej coś w stuli Adam Lambert/1D/JB bo jakoś teraz tego słucham. Znaczy Adasia zawsze słucham, bo jestem jego fanką, ale... Ej. Rozdział.
Proszę, czytajcie, chociaż wiele to tego nie ma :D
Czytam - KOMENTUJĘ
____________________________________________________________________________________________
Przez następnych kilka godzin Huncwoci nie mogli nadziwić się talentowi kucharskiemu Petera. Byli wręcz zszokowani i to go bawiło, ale nic nie mówił, tylko słuchał ich pochwał. Rzadko się zdarzało, żeby Pettigrew był w czymś lepszy od innych, a tu proszę. I to do tego tak przydatna rzecz! "Przez żołądek do serca" mówił Remus. Syriusz i James zaś zgodnie stwierdzili, że kiedyś dzięki temu zdobędzie dziewczynę. Śmiał się z nich. Przemierzali korytarze zwracając na siebie niemałą uwagę innych, ponieważ rozmawiali głośno i momentami wskakiwali na różne rzeczy typu parapet, czy podwyższenie na którym stała zbroja. Inni uczniowie zastanawiali się, skąd oni mają tyle energii, zaś starsi od nich patrzyli na ich poczynania albo z rozbawieniem, albo z irytacją. Tylko, że żadnego z nich to nie obchodziło, może dlatego, że czuli się beztrosko. Kiedy człowiek nie przejmuje się innymi i korzysta z życia, nagle wszystkie problemy znikają i wszystko jest idealne.
Wieczorem siedzieli grzecznie w swoim dormitorium. Rozmawiali jednocześnie zajmując się swoimi sprawami.
- Jutro mamy arytmetykę - powiedział Remus ze śmiechem, drążąc nożykiem w drewnie. W jego głowie powstała niesamowita wizja latającego feniksa i teraz próbował ją odtworzyć w materiale.
- Tak. Ciekawi mnie to - stwierdził James. - Ale wiem, że dla mnie to będzie raczej okropne.
- Też tak myślę, Jim. Nie widzę w tobie matematyka. W Syriuszu też. W Peterze też... - Remus ledwo skończył zdanie i zaczął się śmiać. Przyjaciele spojrzeli na niego oskarżycielsko. - Hej, ale nie mówię, że ja jestem wybitny! W szkole, jak jeszcze chodziłem, z matematyki miałem zazwyczaj między 4, a 5.
Syriusz opadł głową na czytaną przez niego gazetę. Była to jedna z tych kolorowych, kupowanych przez mugolskich nastolatków. Jak on ją zdobył?
- To będziesz nam pomagać - stwierdził Peter, uśmiechając się do niego znad czekoladowej bombonierki.
- Jak w większości innych przedmiotów? Zejdźcie ze mnie - Remus wywrócił oczami.
James parsknął śmiechem.
- Bo ty jesteś mądrym wilczuniem. I to jest piękne - puścił do niego oczko.
- Z kim piszesz, Jim? - Zapytał Syriusz okularnika, który rzeczywiście co chwila stukał w ekran swojego smartfona*.
- Z Kingsleyem. Poszedł z Megan do jakichś jej znajomych z Ravu i tak trochę czuje się nie na miejscu - Potter zaśmiał się lekko.
- Dziwna dziewczyna to i znajomych ma dziwnych - Black wzruszył ramionami.
- Ja tam ją lubię - wtrącił Remus lekko zirytowanym głosem, bo właśnie krzywo wyciął kawałek drewna, psując tym nieco wygląd lewego skrzydła feniksa.
- A ja się jej boję. Jest taka inna niż wszyscy, to mnie jakoś tak irytuje - powiedział Peter. Mówił dość niewyraźnie, bo pochłaniał kolejną czekoladkę.
- Wiemy już Pet, że nie lubisz inności - zaśmiał się okularnik.
Po chwili dołączyła do niego reszta.
***
Patrzyła na list leżący na jej biurku. Dostała odpowiedź i cieszyła się z tego, ponieważ w końcu wiedziała, co robić. Już od jakiegoś czasu była wręcz przerażona faktem, że zgubiła najważniejszą książkę w jej życiu i do tego tak jednoznacznie potwierdzającą to, kim jest. Gdyby jej uczniowie się dowiedzieli... To byłoby co najmniej okropne. Czy chcieliby, żeby bronienia się uczył ich zabójca? To się przecież mija z celem. Ale ludzie nie rozumieją, bo szufladkują ich do właśnie takich osób. A oni przecież pomagają innym. Zabijają, tak. Ale tych złych. Tych, którzy dobro swoje przedkładają nad dobro innych. Tych, którzy dla swojej chorej idei mordują niewinnych. Zło jest pojęciem względnym, ale chyba większość osób się z nią zgodzi. Tak się nie robi.
Przypomniała sobie ten jeden dzień, kiedy siedziała na dachu domku w Hogsmeade. Myślała wtedy o swojej rodzinie. Miała tak dużo rodzeństwa, mogli być wszyscy razem szczęśliwi. Ale właśnie to względne zło sprawiło, że z nich wszystkich została tylko ona. Była najstarsza, po niej kolejno Federico, Ezio, Claudia i najmłodszy Petruccio. Wszystkich kochała i o wszystkich się troszczyła. Kiedy ich służąca zajmowała się domem, ona bawiła się z małym Petrucciem, dwa lata od niego starszą Claudią i pięcioletnim wtedy Eziem. Pamiętała to, chociaż miała wtedy 12 lat. Federica nie było w domu, bo poszedł z mamą do miasta. Miał jej pomóc w zakupach. Maria chciała wychować swoich synów na dżentelmenów, którzy zawsze będą pomagać kobietom. I pomimo faktu, że jej najstarszy syn miał dopiero 8 lat, ona już wpajała mu wszystkie ważne dla niej zasady. Zabawne teraz było to, że żaden z jej braci nie zdążył założyć rodziny. Nawet Ezio, który stał się istnym casanovą. Nie mógł, bo myślał tak, jak ona - lepiej nie narażać innych na niebezpieczeństwo. Poza tym, nie miał czasu na takie rzeczy. Ważniejsze było ratowanie świata przed szalonym mężczyzną, który zamierzał wykorzystać niepojęty przez siebie artefakt, do panowania nad ludźmi. Ona pomagała bratu, ale dawała mu wolną rękę przy zabójstwach. Musiał się dużo nauczyć. Miała własne sprawy w innych częściach świata, poza Włochami też coś istniało. Teraz żałowała. Żałowała, że nie wtrącała się we wszystko, co robił Ezio. Może wtedy ocaliłaby chociaż jego. Mogła też zostać przy Claudii, a nie wyjeżdżać do Niemiec. Może wtedy ocaliłaby chociaż ją. Nie zrobiła jednak żadnej z tych rzeczy i to był powód dla którego teraz nie miała nikogo.
Jedyną osobą z którą utrzymywała jakikolwiek kontakt był Jacob. Poznała go bardzo dawno temu, kiedy to przebywała przez krótki czas w Londynie. Tak jak ona, był Mistrzem, więc to do niego musiała się zwrócić o pozwolenie na działanie. Jej cel uciekł właśnie do tego miasta, a bez kwitka od głowy tamtejszego Zakonu, ona nie mogła nic zrobić. Wyeliminowała tego, kogo wyeliminować miała i zrobiła to w tak idealny sposób, że Jacob musiał jej pogratulować. Wtedy właśnie zaczęła się między nimi rodzić przyjaźń. Nic poza tym - obydwoje przecież byli, kim byli. U nich nie było czegoś takiego jak miłość. Dzieci rodziły się z potrzeby szkolenia nowych zabójców. Nic poza tym. Rzadko zdarzało się coś innego.
Jednak mimo wszystko zgubiła Kredo, a tym samym swój naszyjnik. Potrzebowała nowego, bo bez niego nie mogła dostać się do wszystkich siedzib Zakonu. Na medalionie były zakodowane jej dane osobowe i na nic zdawała się szata, czy pas z ich symbolem - "Musimy wiedzieć, z kim mamy do czynienia" mówili jej, kiedy ostatnim razem, podczas przerwy świątecznej pojechała do Włoch. Znali ją, ale nie mogli nic zrobić. Nawet jeśli jest Mistrzem. Musi mieć medalion. A co do Kreda, to miało ono bardziej wartość sentymentalną, dostała je bowiem od ojca. Wiedziała, że ten egzemplarz należał niegdyś do osoby znanej każdemu z Zakonu - niebywałego syryjskiego Mistrza. Czuła się zaszczycona, nosząc go ze sobą, ale pewnego razu, będąc we Wrzeszczącej Chacie, zaatakował ją ktoś. Zabiła go, ciało spaliła, ale nie zauważyła, że Kredo jej wypadło. Kiedy wróciła tam kilka dni później, książki nie było. Nie wiedziała, kto ją posiadał, ale bała się, że już go nie odzyska.
Na szczęście jeśli chodzi o medalion, sprawa była załatwiona. Jacob napisał jej, że postara się o to, aby wyrobili jej nowy, musiała tylko wysłać mu próbkę swojej krwi. Postanowiła zająć się tym jak najszybciej, więc wstała i udała się do skrzydła szpitalnego. Musiała załatwić to w mgnieniu oka, bo po pierwsze nigdy nie wiadomo, kiedy będzie jej to potrzebne, a po drugie... Trzeba jeszcze przygotować jutrzejsze lekcje.
***
Następnego dnia lekcje zaczynali od Obrony Przed Czarną Magią. Wchodząc do klasy, zobaczyli profesor Auditore, siedzącą przy biurku i wyglądającą co najmniej okropnie. Miała podkrążone oczy, wyschnięte i popękane usta, Remus zauważył nawet jej obgryzione paznokcie i skórki. Nie wstała, kiedy wparowali do klasy, nie mówiła nic, dopóki wszyscy nie usiedli.
- Muszę wam przyznać się do okropnej rzeczy - zaczęła ponuro. - W związku z osobistymi powodami, nie przygotowałam na dzisiaj lekcji. Wiem, że jestem nauczycielem i teoretycznie nie musiałabym tego robić, ale wiecie dobrze, że niektóre zagadnienia są na tyle skomplikowane, że niestety muszę je opracować zanim wam je przedstawię. Dzisiaj mieliśmy mówić o obronie przed zwierzętami magicznymi, ale na prawdę nie mam siły, żeby wam to tłumaczyć. Macie wolną lekcję. Jeśli ktoś ma jednak jakieś pytanie z mojego zakresu to możecie pytać - uśmiechnęła się blado. - Możecie podejść, jeśli coś będziecie chcieli. Nie bądźcie zbyt głośno! - Upomniała ich i zaczęła pić coś z kubka, z którego wydobywała się para.
Wszyscy na początku siedzieli cicho, ale kiedy zobaczyli, że Aurelia na prawdę nie żartuje, zaczęli przesiadać się bliżej kolegów i rozmawiać. Najpierw szeptem, a potem rozmowy oczywiście stały się głośniejsze. Jednak nie na tyle głośne, żeby profesorka musiała zwracać im uwagę.
Huncwoci rozmawiali po cichu na tematy bardzo istotne - o animagach i o pasie, który znaleźli jakiś czas temu w cieplarni. To James o nim przypomniał.
- Myślicie, że Auditore może coś wiedzieć na ten temat? - Zapytał.
Syriusz ściągnął usta na jedną stronę.
- Myślę, że nie - stwierdził.
- A ja myślę, że tak. Pamiętacie, jak na tych lekcjach o rasach rysowała symbole na tablicy i je tłumaczyła? Mówiła, co każdy oznacza - zaczął Peter.
- Tak i tylko Megan zgłaszała się do odpowiedzi, bo ona się interesuje symboliką - zaśmiał się Potter. - Byłeś na nią wkurzony, Remus. Pamiętasz? Bo to nie ty zdobyłeś te 50 punktów wtedy.
Remus udał obrażonego.
- Wcale nie byłem zły. Tylko zdziwiony, bo nie rozumiałem skąd ona wie tak dużo na takie tematy - wilkołak wywrócił oczami. - A nie można by spytać się jej? Pamiętacie jak ten symbol wygląda?
- Ja pamiętam - James wyrwał kartkę z notatnika i szybko naszkicował znak. Trójkąt ze skrzydełkami.
- Idę - Remus porwał papier i wstał, szukając wzrokiem Megan. Znalazł ją, siedzącą przy Dorcas, Lily, Eleanor i Agacie. Podszedł do nich.
- Emm, mogę przerwać rozmowę? - Zapytał, widząc, że dziewczyny spierają się ze sobą o coś.
- Jasne - uśmiechnęła się do niego Agatha. Miała równiutkie, białe zęby. Remus zastanowił się na chwilę, dlaczego są aż tak idealne, ale szybko się opamiętał i spojrzał na Megan.
- Interesujesz się symboliką, nie?
- Tak - pokiwała głową.
Położył kartkę z rysunkiem przed nią. Reszta dziewczyn wychyliła się tak, żeby zobaczyć, co na niej jest.
- Wiesz, co to?
Night zamyśliła się. Jeździła palcem po konturach znaku i marszczyła brwi. Po upływie kilku sekund, będących dla Remusa latami odezwała się:
- Nie ma pojęcia. Ale przerysuję to - w tym momencie wzięła duży, czarny zeszyt i zaczęła bazgrać po jednej z jego kartek - i poszukam.
- Dziękuję ci, Megan - uśmiechnął się do niej, zabrał kartkę i oddalił się. Opadł na krzesło, wzdychając. - Nie wie, ale poszuka - powiedział do przyjaciół. Westchnęli tak, jak przed chwilą on.
- To może jednak warto spróbować do profesorki? - Zaproponował James.
Remus spojrzał na niego.
- A co, jeśli zapyta skąd to znam? Może to jakiś zły symbol?
Przyjaciele zastanowili się przez chwilę.
- Remus, to ty. Powiesz, że widziałeś to w jakiejś książce i tyle - Syriusz machnął ręką nad kartką z symbolem.
Przed oczami Lupina rzeczywiście stanęła książka. Czarna, oprawiona w skórę, obryzgana krwią. Z cytatem, którego nie pamiętał i właśnie tym symbolem. Widział go. Gdzie miał tą książkę? Nie pamiętał.
- Dobra. Idę, znowu. - Po raz kolejny wstał i skierował się tym razem w stronę biurka nauczyciela.
Profesorka spojrzała na niego z uśmiechem na ustach, gdy stanął przed nią.
- O co chodzi, Remusie? - Zapytała.
- Proszę pani... Zna się pani na symbolice? - Odpowiedział jej pytaniem na pytanie.
Pani Auditore przyjrzała mu się badawczo, ale skinęła głową. Położył kartkę na przeciwko niej.
- Skąd znasz ten symbol - zapytała z krztą pretensji w głosie.
Przestraszył się. Czyżby rzeczywiście znak oznaczał coś złego?
- Widziałem go w książce - odparł beznamiętnie, idealnie grając brak poczucia strachu i winy.
Aurelia spojrzała na niego. W jej oczach widać było oskarżenie, pretensje i złość. Starał się wyglądać na przestraszonego, ale tylko z powodu jej miny.
- To symbol pewnego ugrupowania. Skąd dokładnie go znasz? - Dopytywała.
Remus zaczął gorączkowo myśleć.
- Znalazłem jakiś czas temu książkę. Na okładce był cytat i ten symbol. Zastanawiam się, co on znaczy, ponieważ ten wolumin był jakby spisem zasad i zakazów... - Mówił miej więcej prawdę. Książka którą znalazł rzeczywiście była czymś, co kojarzyło mu się z konstytucją, albo czymś w ten deseń.
- Jaki miała tytuł?? - Nauczycielka wyraźnie się zaniepokoiła.
- Nie pamiętam - odparł zgodnie z prawdą.
- A ten cytat... Pamiętasz jak brzmiał? Albo jak wyglądała ta książka?
Zmarszczył brwi. Po co jej to było?
- Była oprawiona w czarną skórę. Te wszystkie rzeczy były na niej wypalone. A cytat... Coś jakby... - myślał intensywnie. Jak on brzmiał?
Przed oczami ukazało mu się coś, co przyprawiło go o dreszcze. Mark. Klub. Zakapturzone postacie. Jak on je nazwał? Nie pamiętał. Pamiętał jednak to, co usłyszał sekundę przed otwarciem oczu i zdaniem sobie sprawy, że to był tylko sen. - "Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone" - powiedział to, co właśnie rodziło się w jego głowie.
Nauczycielka wciągnęła powietrze.
- Jeśli masz tą książkę, to musisz mi ją zwrócić. Należy do mnie. - Warknęła na niego. - Nie pozwalam ci szukać informacji na temat tego symbolu i ugrupowania. Rozumiesz?? - Spojrzała na niego groźnie.
- Ależ proszę pani, ja...
- Nie! - Krzyknęła tak, że w sali zapadła cisza, a wszyscy uczniowie spojrzeli na nich. - Jeśli się dowiem, że to zrobiłeś, dostaniesz tak okropny szlaban, że zapamiętasz go do końca życia. Nie masz prawa wiedzieć nic na ten temat, zrozumiano?! - Jej głos ociekał jadem, złością i pretensją, a on nie rozumiał, co takiego zrobił.
- D-dobrze, proszę pani... Spokojnie... Nie będę - powiedział zdziwiony.
- Mam nadzieję - podsumowała, zabierając kartkę i wyrzucając ją do śmieci. - A książka ma do mnie wrócić.
Potem nauczycielka odesłała do na miejsce. Szedł odprowadzany spojrzeniami. Usiadł i, kiedy rozmowy zaczęły się na nowo, powiedział do kolegów:
- Chyba będziemy prowadzić śledztwo wyjęte spod prawa.
Huncwoci pokiwali głowami i uśmiechnęli się szyderczo. Żaden nauczyciel nie zdawał sobie sprawy, ile sekretów szkoły i profesorów zostanie odkrytych przez kilka lat, kiedy ta grupka chłopców będzie się tu uczyć.
Wieczorem siedzieli grzecznie w swoim dormitorium. Rozmawiali jednocześnie zajmując się swoimi sprawami.
- Jutro mamy arytmetykę - powiedział Remus ze śmiechem, drążąc nożykiem w drewnie. W jego głowie powstała niesamowita wizja latającego feniksa i teraz próbował ją odtworzyć w materiale.
- Tak. Ciekawi mnie to - stwierdził James. - Ale wiem, że dla mnie to będzie raczej okropne.
- Też tak myślę, Jim. Nie widzę w tobie matematyka. W Syriuszu też. W Peterze też... - Remus ledwo skończył zdanie i zaczął się śmiać. Przyjaciele spojrzeli na niego oskarżycielsko. - Hej, ale nie mówię, że ja jestem wybitny! W szkole, jak jeszcze chodziłem, z matematyki miałem zazwyczaj między 4, a 5.
Syriusz opadł głową na czytaną przez niego gazetę. Była to jedna z tych kolorowych, kupowanych przez mugolskich nastolatków. Jak on ją zdobył?
- To będziesz nam pomagać - stwierdził Peter, uśmiechając się do niego znad czekoladowej bombonierki.
- Jak w większości innych przedmiotów? Zejdźcie ze mnie - Remus wywrócił oczami.
James parsknął śmiechem.
- Bo ty jesteś mądrym wilczuniem. I to jest piękne - puścił do niego oczko.
- Z kim piszesz, Jim? - Zapytał Syriusz okularnika, który rzeczywiście co chwila stukał w ekran swojego smartfona*.
- Z Kingsleyem. Poszedł z Megan do jakichś jej znajomych z Ravu i tak trochę czuje się nie na miejscu - Potter zaśmiał się lekko.
- Dziwna dziewczyna to i znajomych ma dziwnych - Black wzruszył ramionami.
- Ja tam ją lubię - wtrącił Remus lekko zirytowanym głosem, bo właśnie krzywo wyciął kawałek drewna, psując tym nieco wygląd lewego skrzydła feniksa.
- A ja się jej boję. Jest taka inna niż wszyscy, to mnie jakoś tak irytuje - powiedział Peter. Mówił dość niewyraźnie, bo pochłaniał kolejną czekoladkę.
- Wiemy już Pet, że nie lubisz inności - zaśmiał się okularnik.
Po chwili dołączyła do niego reszta.
***
Patrzyła na list leżący na jej biurku. Dostała odpowiedź i cieszyła się z tego, ponieważ w końcu wiedziała, co robić. Już od jakiegoś czasu była wręcz przerażona faktem, że zgubiła najważniejszą książkę w jej życiu i do tego tak jednoznacznie potwierdzającą to, kim jest. Gdyby jej uczniowie się dowiedzieli... To byłoby co najmniej okropne. Czy chcieliby, żeby bronienia się uczył ich zabójca? To się przecież mija z celem. Ale ludzie nie rozumieją, bo szufladkują ich do właśnie takich osób. A oni przecież pomagają innym. Zabijają, tak. Ale tych złych. Tych, którzy dobro swoje przedkładają nad dobro innych. Tych, którzy dla swojej chorej idei mordują niewinnych. Zło jest pojęciem względnym, ale chyba większość osób się z nią zgodzi. Tak się nie robi.
Przypomniała sobie ten jeden dzień, kiedy siedziała na dachu domku w Hogsmeade. Myślała wtedy o swojej rodzinie. Miała tak dużo rodzeństwa, mogli być wszyscy razem szczęśliwi. Ale właśnie to względne zło sprawiło, że z nich wszystkich została tylko ona. Była najstarsza, po niej kolejno Federico, Ezio, Claudia i najmłodszy Petruccio. Wszystkich kochała i o wszystkich się troszczyła. Kiedy ich służąca zajmowała się domem, ona bawiła się z małym Petrucciem, dwa lata od niego starszą Claudią i pięcioletnim wtedy Eziem. Pamiętała to, chociaż miała wtedy 12 lat. Federica nie było w domu, bo poszedł z mamą do miasta. Miał jej pomóc w zakupach. Maria chciała wychować swoich synów na dżentelmenów, którzy zawsze będą pomagać kobietom. I pomimo faktu, że jej najstarszy syn miał dopiero 8 lat, ona już wpajała mu wszystkie ważne dla niej zasady. Zabawne teraz było to, że żaden z jej braci nie zdążył założyć rodziny. Nawet Ezio, który stał się istnym casanovą. Nie mógł, bo myślał tak, jak ona - lepiej nie narażać innych na niebezpieczeństwo. Poza tym, nie miał czasu na takie rzeczy. Ważniejsze było ratowanie świata przed szalonym mężczyzną, który zamierzał wykorzystać niepojęty przez siebie artefakt, do panowania nad ludźmi. Ona pomagała bratu, ale dawała mu wolną rękę przy zabójstwach. Musiał się dużo nauczyć. Miała własne sprawy w innych częściach świata, poza Włochami też coś istniało. Teraz żałowała. Żałowała, że nie wtrącała się we wszystko, co robił Ezio. Może wtedy ocaliłaby chociaż jego. Mogła też zostać przy Claudii, a nie wyjeżdżać do Niemiec. Może wtedy ocaliłaby chociaż ją. Nie zrobiła jednak żadnej z tych rzeczy i to był powód dla którego teraz nie miała nikogo.
Jedyną osobą z którą utrzymywała jakikolwiek kontakt był Jacob. Poznała go bardzo dawno temu, kiedy to przebywała przez krótki czas w Londynie. Tak jak ona, był Mistrzem, więc to do niego musiała się zwrócić o pozwolenie na działanie. Jej cel uciekł właśnie do tego miasta, a bez kwitka od głowy tamtejszego Zakonu, ona nie mogła nic zrobić. Wyeliminowała tego, kogo wyeliminować miała i zrobiła to w tak idealny sposób, że Jacob musiał jej pogratulować. Wtedy właśnie zaczęła się między nimi rodzić przyjaźń. Nic poza tym - obydwoje przecież byli, kim byli. U nich nie było czegoś takiego jak miłość. Dzieci rodziły się z potrzeby szkolenia nowych zabójców. Nic poza tym. Rzadko zdarzało się coś innego.
Jednak mimo wszystko zgubiła Kredo, a tym samym swój naszyjnik. Potrzebowała nowego, bo bez niego nie mogła dostać się do wszystkich siedzib Zakonu. Na medalionie były zakodowane jej dane osobowe i na nic zdawała się szata, czy pas z ich symbolem - "Musimy wiedzieć, z kim mamy do czynienia" mówili jej, kiedy ostatnim razem, podczas przerwy świątecznej pojechała do Włoch. Znali ją, ale nie mogli nic zrobić. Nawet jeśli jest Mistrzem. Musi mieć medalion. A co do Kreda, to miało ono bardziej wartość sentymentalną, dostała je bowiem od ojca. Wiedziała, że ten egzemplarz należał niegdyś do osoby znanej każdemu z Zakonu - niebywałego syryjskiego Mistrza. Czuła się zaszczycona, nosząc go ze sobą, ale pewnego razu, będąc we Wrzeszczącej Chacie, zaatakował ją ktoś. Zabiła go, ciało spaliła, ale nie zauważyła, że Kredo jej wypadło. Kiedy wróciła tam kilka dni później, książki nie było. Nie wiedziała, kto ją posiadał, ale bała się, że już go nie odzyska.
Na szczęście jeśli chodzi o medalion, sprawa była załatwiona. Jacob napisał jej, że postara się o to, aby wyrobili jej nowy, musiała tylko wysłać mu próbkę swojej krwi. Postanowiła zająć się tym jak najszybciej, więc wstała i udała się do skrzydła szpitalnego. Musiała załatwić to w mgnieniu oka, bo po pierwsze nigdy nie wiadomo, kiedy będzie jej to potrzebne, a po drugie... Trzeba jeszcze przygotować jutrzejsze lekcje.
***
Następnego dnia lekcje zaczynali od Obrony Przed Czarną Magią. Wchodząc do klasy, zobaczyli profesor Auditore, siedzącą przy biurku i wyglądającą co najmniej okropnie. Miała podkrążone oczy, wyschnięte i popękane usta, Remus zauważył nawet jej obgryzione paznokcie i skórki. Nie wstała, kiedy wparowali do klasy, nie mówiła nic, dopóki wszyscy nie usiedli.
- Muszę wam przyznać się do okropnej rzeczy - zaczęła ponuro. - W związku z osobistymi powodami, nie przygotowałam na dzisiaj lekcji. Wiem, że jestem nauczycielem i teoretycznie nie musiałabym tego robić, ale wiecie dobrze, że niektóre zagadnienia są na tyle skomplikowane, że niestety muszę je opracować zanim wam je przedstawię. Dzisiaj mieliśmy mówić o obronie przed zwierzętami magicznymi, ale na prawdę nie mam siły, żeby wam to tłumaczyć. Macie wolną lekcję. Jeśli ktoś ma jednak jakieś pytanie z mojego zakresu to możecie pytać - uśmiechnęła się blado. - Możecie podejść, jeśli coś będziecie chcieli. Nie bądźcie zbyt głośno! - Upomniała ich i zaczęła pić coś z kubka, z którego wydobywała się para.
Wszyscy na początku siedzieli cicho, ale kiedy zobaczyli, że Aurelia na prawdę nie żartuje, zaczęli przesiadać się bliżej kolegów i rozmawiać. Najpierw szeptem, a potem rozmowy oczywiście stały się głośniejsze. Jednak nie na tyle głośne, żeby profesorka musiała zwracać im uwagę.
Huncwoci rozmawiali po cichu na tematy bardzo istotne - o animagach i o pasie, który znaleźli jakiś czas temu w cieplarni. To James o nim przypomniał.
- Myślicie, że Auditore może coś wiedzieć na ten temat? - Zapytał.
Syriusz ściągnął usta na jedną stronę.
- Myślę, że nie - stwierdził.
- A ja myślę, że tak. Pamiętacie, jak na tych lekcjach o rasach rysowała symbole na tablicy i je tłumaczyła? Mówiła, co każdy oznacza - zaczął Peter.
- Tak i tylko Megan zgłaszała się do odpowiedzi, bo ona się interesuje symboliką - zaśmiał się Potter. - Byłeś na nią wkurzony, Remus. Pamiętasz? Bo to nie ty zdobyłeś te 50 punktów wtedy.
Remus udał obrażonego.
- Wcale nie byłem zły. Tylko zdziwiony, bo nie rozumiałem skąd ona wie tak dużo na takie tematy - wilkołak wywrócił oczami. - A nie można by spytać się jej? Pamiętacie jak ten symbol wygląda?
- Ja pamiętam - James wyrwał kartkę z notatnika i szybko naszkicował znak. Trójkąt ze skrzydełkami.
- Idę - Remus porwał papier i wstał, szukając wzrokiem Megan. Znalazł ją, siedzącą przy Dorcas, Lily, Eleanor i Agacie. Podszedł do nich.
- Emm, mogę przerwać rozmowę? - Zapytał, widząc, że dziewczyny spierają się ze sobą o coś.
- Jasne - uśmiechnęła się do niego Agatha. Miała równiutkie, białe zęby. Remus zastanowił się na chwilę, dlaczego są aż tak idealne, ale szybko się opamiętał i spojrzał na Megan.
- Interesujesz się symboliką, nie?
- Tak - pokiwała głową.
Położył kartkę z rysunkiem przed nią. Reszta dziewczyn wychyliła się tak, żeby zobaczyć, co na niej jest.
- Wiesz, co to?
Night zamyśliła się. Jeździła palcem po konturach znaku i marszczyła brwi. Po upływie kilku sekund, będących dla Remusa latami odezwała się:
- Nie ma pojęcia. Ale przerysuję to - w tym momencie wzięła duży, czarny zeszyt i zaczęła bazgrać po jednej z jego kartek - i poszukam.
- Dziękuję ci, Megan - uśmiechnął się do niej, zabrał kartkę i oddalił się. Opadł na krzesło, wzdychając. - Nie wie, ale poszuka - powiedział do przyjaciół. Westchnęli tak, jak przed chwilą on.
- To może jednak warto spróbować do profesorki? - Zaproponował James.
Remus spojrzał na niego.
- A co, jeśli zapyta skąd to znam? Może to jakiś zły symbol?
Przyjaciele zastanowili się przez chwilę.
- Remus, to ty. Powiesz, że widziałeś to w jakiejś książce i tyle - Syriusz machnął ręką nad kartką z symbolem.
Przed oczami Lupina rzeczywiście stanęła książka. Czarna, oprawiona w skórę, obryzgana krwią. Z cytatem, którego nie pamiętał i właśnie tym symbolem. Widział go. Gdzie miał tą książkę? Nie pamiętał.
- Dobra. Idę, znowu. - Po raz kolejny wstał i skierował się tym razem w stronę biurka nauczyciela.
Profesorka spojrzała na niego z uśmiechem na ustach, gdy stanął przed nią.
- O co chodzi, Remusie? - Zapytała.
- Proszę pani... Zna się pani na symbolice? - Odpowiedział jej pytaniem na pytanie.
Pani Auditore przyjrzała mu się badawczo, ale skinęła głową. Położył kartkę na przeciwko niej.
- Skąd znasz ten symbol - zapytała z krztą pretensji w głosie.
Przestraszył się. Czyżby rzeczywiście znak oznaczał coś złego?
- Widziałem go w książce - odparł beznamiętnie, idealnie grając brak poczucia strachu i winy.
Aurelia spojrzała na niego. W jej oczach widać było oskarżenie, pretensje i złość. Starał się wyglądać na przestraszonego, ale tylko z powodu jej miny.
- To symbol pewnego ugrupowania. Skąd dokładnie go znasz? - Dopytywała.
Remus zaczął gorączkowo myśleć.
- Znalazłem jakiś czas temu książkę. Na okładce był cytat i ten symbol. Zastanawiam się, co on znaczy, ponieważ ten wolumin był jakby spisem zasad i zakazów... - Mówił miej więcej prawdę. Książka którą znalazł rzeczywiście była czymś, co kojarzyło mu się z konstytucją, albo czymś w ten deseń.
- Jaki miała tytuł?? - Nauczycielka wyraźnie się zaniepokoiła.
- Nie pamiętam - odparł zgodnie z prawdą.
- A ten cytat... Pamiętasz jak brzmiał? Albo jak wyglądała ta książka?
Zmarszczył brwi. Po co jej to było?
- Była oprawiona w czarną skórę. Te wszystkie rzeczy były na niej wypalone. A cytat... Coś jakby... - myślał intensywnie. Jak on brzmiał?
Przed oczami ukazało mu się coś, co przyprawiło go o dreszcze. Mark. Klub. Zakapturzone postacie. Jak on je nazwał? Nie pamiętał. Pamiętał jednak to, co usłyszał sekundę przed otwarciem oczu i zdaniem sobie sprawy, że to był tylko sen. - "Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone" - powiedział to, co właśnie rodziło się w jego głowie.
Nauczycielka wciągnęła powietrze.
- Jeśli masz tą książkę, to musisz mi ją zwrócić. Należy do mnie. - Warknęła na niego. - Nie pozwalam ci szukać informacji na temat tego symbolu i ugrupowania. Rozumiesz?? - Spojrzała na niego groźnie.
- Ależ proszę pani, ja...
- Nie! - Krzyknęła tak, że w sali zapadła cisza, a wszyscy uczniowie spojrzeli na nich. - Jeśli się dowiem, że to zrobiłeś, dostaniesz tak okropny szlaban, że zapamiętasz go do końca życia. Nie masz prawa wiedzieć nic na ten temat, zrozumiano?! - Jej głos ociekał jadem, złością i pretensją, a on nie rozumiał, co takiego zrobił.
- D-dobrze, proszę pani... Spokojnie... Nie będę - powiedział zdziwiony.
- Mam nadzieję - podsumowała, zabierając kartkę i wyrzucając ją do śmieci. - A książka ma do mnie wrócić.
Potem nauczycielka odesłała do na miejsce. Szedł odprowadzany spojrzeniami. Usiadł i, kiedy rozmowy zaczęły się na nowo, powiedział do kolegów:
- Chyba będziemy prowadzić śledztwo wyjęte spod prawa.
Huncwoci pokiwali głowami i uśmiechnęli się szyderczo. Żaden nauczyciel nie zdawał sobie sprawy, ile sekretów szkoły i profesorów zostanie odkrytych przez kilka lat, kiedy ta grupka chłopców będzie się tu uczyć.
*- pamiętajcie, że oni magicznym sposobem mogą używać w Hogwarcie (tym tu, tym moim) wszystkich tych mugolskich rzeczy i mają zasięg XD
Mam nadzieję, że rozdział się podobał :*
Lunaris
Mam nadzieję, że rozdział się podobał :*
Lunaris
sobota, 9 stycznia 2016
W związku z...
Siemka, podglądacze!
Chciałam wam powiedzieć, że jutro także nie doczekacie się notki. Wiem, nie było przez ten tydzień nic, ale jest to spowodowane zakończeniem semestru - wszyscy wiedzą, o co chodzi. Jutro w okolicach 19 będę w domu dopiero, bo idę na WOŚP, jestem wolontariuszem. Dzisiaj jechałam po puszkę i spędziłam w sztabie około 2-3h, co było straszne i nudne, bo nic się nie działo... Następny tydzień postaram się wypełnić po brzegi jakimiś małymi rzeczami.
A z nich powinniśmy się cieszyć
Bo wzór na szczęście
W nich zapisany je-est.
X3
Do napisania, miśki!!
Lunaris
Ps. Nie rozumiem, dlaczego pod Chorobą... jest ponad 600 wyświetleń i to nadal rośnie, a pod ostatnim rozdziałem ledwie 20. Oświećcie mnie.
Chciałam wam powiedzieć, że jutro także nie doczekacie się notki. Wiem, nie było przez ten tydzień nic, ale jest to spowodowane zakończeniem semestru - wszyscy wiedzą, o co chodzi. Jutro w okolicach 19 będę w domu dopiero, bo idę na WOŚP, jestem wolontariuszem. Dzisiaj jechałam po puszkę i spędziłam w sztabie około 2-3h, co było straszne i nudne, bo nic się nie działo... Następny tydzień postaram się wypełnić po brzegi jakimiś małymi rzeczami.
A z nich powinniśmy się cieszyć
Bo wzór na szczęście
W nich zapisany je-est.
X3
Do napisania, miśki!!
Lunaris
Ps. Nie rozumiem, dlaczego pod Chorobą... jest ponad 600 wyświetleń i to nadal rośnie, a pod ostatnim rozdziałem ledwie 20. Oświećcie mnie.
niedziela, 3 stycznia 2016
Rozdział 34.
Siemka Wąchacze!
Aktualnie jestem mega roztrzęsiona, bo grałam w Medal of Honor: Allied Assault i nie mogę dojść do bunkru, bo mnie kuźwa albo zabijają, albo wysadzają ;-;
Noale. Muszę was pochwalić i to bardzo!! Pod ostatnią notką - Stadium drugim - wbiliście REKORDOWĄ LICZBĘ WYŚWIETLEŃ, czyli 444!! Takiej liczby nie było nawet na poprzednim blogu, rozpizgaliście system w 100%! Kocham was :*
Znaczy, no komentarzy było BARDZO MAŁO, BO JEDEN, ale powiedzmy, że dam jakoś radę.
Poza tym, jest tu w końcu ponad 1000 wyświetleń, z czego również jestem dumna :3
Chcę też powiedzieć, że Zmysłową najpewniej zastąpię opowiadaniem o Malec'u (Magnus Bane+Alexander Lightwood czyli Dary Anioła w mojej wersji), ale zobaczymy, co stworzę do wtorku.
A teraz macie rozdział. Wesolutki, w końcu.
Marzec już na początku przyniósł ocieplenie po zimie. Śnieg zaczynał odmarzać, a w niektórych miejscach nawet topnieć już pierwszego dnia. Teraz, kiedy wszyscy byli znowu w szkole, lekcje odbywały się normalnie, a uczniowie mniej więcej wdrożyli się z powrotem w tryb nauki, Albus mógł ogłosić to, co zamierzał już od kilku tygodni. Dzień wcześniej do Hogwartu przyjechali trzej nowi nauczyciele, ale chyba nikt nie zdążył ich jeszcze zauważyć, ponieważ nie pojawili się na kolacji, ani na śniadaniu. Zorganizował - co bardzo rzadko się zdarzało - spotkanie w czasie lekcji. Gdyby przekazał tę jakże ważną informację uczniom na np obiedzie, nie wszyscy mogliby tam być. To był powód, dla którego każdy nastolatek w Hogwarcie cieszył się - wszystkim odpadnie jedna lekcja. Najlepiej - według Albusa, oczywiście - mieli drugoroczni, ponieważ im spotkanie wypadło na eliksirach. Nie lubił ich. Dawał sobie radę z warzeniem niezbyt skomplikowanych wywarów, ale bardzo nużyło go trzymanie się ustalonej z góry receptury. Dumbledore zawsze lubił dodawać coś od siebie. Bardziej elegancki ruch różdżką, inny akcent, czy w ogóle magia niewerbalna to były rzeczy, które kochał. Wymyślił bardzo dużo zaklęć sam, bez czyjejkolwiek pomocy. Był dumny ze swojego życia. Przeżył już prawie wiek i nie zamierzał jeszcze odchodzić. Nie, on miał w głowie całą masę kolejnych odkryć, które trzeba zrealizować.
Rozsiadł się wygodniej w fotelu i patrzył na kupkę popiołu leżącą na złotym drzewku. Czekał. Po chwili kupka zaczęła się ruszać i wyszedł z niej mały feniks. Albus kochał Fawkesa. Dostał go, gdy miał dziesięć lat i czasem wydawało mu się, że ptak jest jedyną stałą rzeczą w jego życiu. Wszystkie głupie błędy przez które odeszli jego bliscy sprawiły, że czasem wydawało mu się, że ludzkie życie jest zbyt kruche. Fawkes jednak potrafił wyczuć niebezpieczeństwo, uniknąć go. Był niesamowity.
***
Lekcje bardzo mu się dłużyły. Najbardziej nie potrafił skupić się na zaklęciach. Kompletnie nie rozumiał tego, co nauczyciel do nich mówił. Nie próbował nawet nic zapamiętać. Ogółem rzecz biorąc najbardziej skupiał się na tym, żeby dotrwać do eliksirów. Dlaczego? Bo miało ich nie być! Pierwszy raz słyszał o czymś takim. W Hogwarcie wszystkie lekcje odbywały się normalnie, według planu. Rzadko kiedy zdarzało się coś jak "odwołana lekcja", bo nawet kiedy jakiś nauczyciel zachorował, zamiast jego przedmiotu wpychano inny. Także ogółem w Hogwarcie wcale nie było tak idealnie.
Rozejrzał się po klasie. Remus słuchał z zainteresowaniem. James rysował coś piórem po stoliku. Peter spał, oparty o swoją ławkę. Megan bawiła się różdżką. Jego uwagę zwróciła burza loków siedząca obok niego. Położył się i patrzył na nią. Bawiła się włosami i błądziła wzrokiem po pomieszczeniu. Uśmiechnął się.
- Syriusz - syknął ktoś i uderzył go w ramie. Ławki były podwójne, uderzenie nadeszło z lewej strony, a obok niego siedzi Lupin. Spojrzał na wilkołaka z wyrzutem.
- Coo - mruknął.
- Peter śpi, nie rób tego samego, błagam - powiedział, patrząc na niego z naganą.
- Oczywiście, mamusiu - Black wywrócił oczami, a owa burza loków spojrzała na niego.
- Mamusiu? - Zapytała Dorcas.
- No bo on taki dziewczęcy jest, tylko spójrz - szepnął.
Remus spojrzał na nich, ściągnął usta na bok i machnął dłonią. Włosy nieprzycinane przez dość długi czas miały już pokaźną długość, kilka kosmyków opadło mu na oczy. Wyglądał uroczo, ale rzeczywiście całkiem dziewczęco. Dorcas parsknęła śmiechem. Remus pokręcił głową w geście dezaprobaty.
- Rozumiecie, o co w tym chodzi tak? - Zapytał Flitwick.
Wszyscy pokiwali głową.
- To świetnie. W takim razie zadaję wam dwupergaminowe wypracowanie na temat zaklęć komunikacyjnych.
Syriusz westchnął głęboko i załamał się na ławkę. Przecież on nawet nie wie, co to.
***
Bardzo była ciekawa, co też Dumledore chce im przekazać. Wiedziała, że rzadko zdarzało się, żeby w Hogwarcie odwoływane były lekcje. Dlatego, gdy tylko nauczyciel powiedział, że NIESTETY lekcja eliksirów nie odbędzie się zgodnie z planem i, że muszą iść do Wielkiej Sali, Megan była jedną z pierwszych osób, które znalazły się przy drzwiach klasy. Szła z przodu, zaraz przy nauczycielu. Z jednej strony bała się, że to będzie coś strasznego, że zamykają szkołę... Ale z drugiej, może dyrektor zamierza zorganizować jakieś wydarzenie? Byłoby to conajmniej niesamowite, w jej subiektywnej opinii.
- A ty co tak z przodu? - Zapytał jej ktoś, ciepłym, słodkim głosem.
Spojrzała na niego. Damien!
- Nie mogę się doczekać. Chcę już wiedzieć, o co chodzi - powiedziała z uśmiechem od ucha do ucha.
- Niecierpliwa, hm? - Też się uśmiechnął, ukazując rządek śnieżnobiałych zębów i lekkie dołeczki w policzkach. Gdy się uśmiechał jego oczy prawie się zamykały. Był słodki.
- No tak! Bo to na pewno coś ciekawego jest - stwierdziła głosem dziecka.
- A ja się martwię, że coś się stało - dołączył do nich kolejny rozmówca, Erick. Muskularny, wysoki z zawsze rozbawionym wyrazem twarzy. Często miewał pusty wzrok, był tak jak Megan artystą, pisarzem, zamyślał się. Wiedziała o tym, ale nigdy jeszcze nic z tym nie zrobiła. Zresztą Damien też miał artystyczną duszę. Malował, fotografował i śpiewał. A do tego obydwoje tańczyli. Faceci idealni po prostu.
- Też mi to przeszło przez myśl. Ale chyba nie - mruknęła zamyślona.
- Raczej nie sądzę. Nauczyciele byli podenerwowani. A nie są. Więc chyba nie - uśmiechnął się Dam.
Wszyscy wzruszyli ramionami z uśmieszkami na ustach.
Weszli do Wielkiej Sali. Był marzec, więc wyglądała normalnie, bez żadnych efektów specjalnych. Megan usiadła pomiędzy Erickiem i Damienem. Coraz bardziej się niecierpliwiła. A do tego musieli czekać jeszcze na resztę ludzi. Po prostu miała dość.
- Bgaa, ile jeszcze - warknęła cicho.
Chłopcy zaśmieli się.
- Weź się uspokój - powiedział do niej Erick.
- Nie - pokazała mu język.
Sala zaczęła się zapełniać. Nareszcie, przeszło Megan przez myśl. Kiedy wszyscy byli już na swoich miejscach, dyrektor wstał. McGonagall uciszyła zebranych. Jak zawsze.
- Witajcie, drodzy uczniowie! - Powiedział Dumbledore, rozkładając ręce i uśmiechając się serdecznie. Był taki miły. - Wiem, że pewnie jesteście zdziwieni tym, że zebrałem was tu podczas lekcji. Może niektórzy są szczęśliwi... Pewnie nawet większość - opuścił ręce i mrugnął do wszystkich. - Ale to, co chciałem wam przekazać, jest bardzo ważne. Otóż, jak dobrze wiecie, Ministerstwo raczej nie miesza się w naukę Hogwartu. Jednakże tym razem sprawa nie dotyczy tylko naszej szkoły, a wszystkich. Odgórnie orzeknięto, że młodzi ludzie jakimi jesteście, powinni uczyć się typowej, ogólnokształcącej wiedzy. Wynieśliście trochę ze szkół mugolskich... Przynajmniej większość. Część może z nauki w domu. Ale o to chodzi Ministerstwu, aby tę wiedzę pogłębić. I tak, dojdą wam trzy nowe przedmioty. Całkiem mugolskie. Arytmetyka, zajęcia fizyczne oraz literatura. W związku z tym, mamy trzech nauczycieli, powitajcie ich brawami - powiedział i wskazał na trzy osoby, które wstały. - Pani White, nauczycielka literatury - była to wbrew nazwisku, czarnoskóra kobieta z dredami i tunelami w uszach. Wszyscy zaczęli głośno głaskać, kilku chłopców gwizdnęło. Kobieta miała bardzo ładną figurę. - Pan Watts, nauczyciel zajęć fizycznych - wysoki na dwa metry, umięśniony mężczyzna z lekkim zarostem i tatuażem na szyi, który chyba ciągnął się od lewej ręki. - I pan Manson, nauczyciel arytmetyki - był on dość wysoki, z krótko przystrzyżonymi włosami i milutkim wyrazem twarzy. - Mam nadzieję, że przyjmiecie ich ciepło oraz, że przyłożycie się do nowych przedmiotów!
Megan spojrzała na przyjaciół z uśmiechem. Każdy był ciekawy owych lekcji, ale ona znała je dobrze. To przecież zwykła matematyka, angielski i wychowanie fizyczne. Miała je w szkole. Wzruszyła ramionami.
- W związku z tym, że za chwilę i tak byłby obiad... Zaczniemy go już teraz, bo nie opłacałoby się wracać do klas na piętnaście minut lekcji - powiedział dyrektor wywołując tym niemały aplauz wśród uczniów... Zaś kilku nauczycieli miało chyba inne zdanie niż on.
Stoły nagle zapełniły się jedzeniem. Po chwili słychać było już tylko obijane o siebie naczynia i sztućce.
***
Chłopcy siedzieli już w swoim dormitorium, po lekcjach, wykąpani, uśmiechnięci. Remus zwinął się w kulkę na swoim łóżku i czytał książkę, Syriusz założył słuchawki i słuchał muzyki, James kreślił coś w jakimś zeszycie, a Peter po prostu leżał. To była jedna z tych chwil,kiedy mieli na kilka minut dość siebie i chcieli zająć się swoimi sprawami. To właśnie był minus takich szkół, gdzie się mieszka. Cały czas masz do czynienia z tymi samymi ludźmi, aż w końcu poznajesz ich stuprocentowo, wiesz jakie mają zwyczaje, czy chrapią, jakie noszą skarpetki, czy bieliznę. Jak małżeństwo dosłownie. A potem nagle następuje dwumiesięczna separacja. Tragedia.
- Jeść - powiedział Peter, przerywając ciszę.
- Kuchnia? - Zapytał Syriusz.
- Kuchnia - odpowiedział James.
- Regulamin... - Mruknął Remus.
- Kuchnia - powtórzył James.
Weszli do kuchni. Ale nie tej ze skrzatami. Postanowili sprawdzić, czy Pokój Życzeń podoła stworzeniu idealnego pomieszczenia do gotowania z pełnym wyposażeniem. Nie zawiódł ich. Pokój był przestronny, meble drewniane. Na środku stała wysepka, obok niej kilka stołków barowych. Usiedli na niej Potter i Black.
- Będziecie gotować? - Zapytali reszty.
- Tak - Remus i Peter spojrzeli na siebie.
- Mamusia i tatuś - mruknął Syriusz i położył głowę na swoim ramieniu. Wyglądał jak naćpany.
Pomieszczenie wypełnił śmiech.
- Okeej - James zmienił pozycję. Usiadł na blacie. - My popatrzymy. - Syriusz przysiadł koło niego i teraz wyglądali przekomicznie. Siedząc po turecku na jednej stronie wysepki kuchennej. Było to też na swój kulawy sposób urocze.
Remus wychodził z założenia, że tylko on potrafi tu gotować. Ale nie! Peter go zaskoczył.
- Ty będziesz moim giermkiem,. Będziesz mi tylko pomagać. Ja gotuję - powiedział, podwijając rękawy.
- Peter umie gotować? - Zapytał Syriusz.
- Umie - odpowiedział i uśmiechnął się conajmniej szarmancko.
Remus zrobił zdziwioną minę, a Black i Potter wzruszyli ramionami.
Przez następną godzinę ćwiartował, wyciskał, miażdżył i ciął wszystko, co kazał mu Peter. Efekt był zaskakujący: kurczak z maślanym sosem, surówką z marchewki, całą masą cebuli, czosnku itp, ryżem i sosem do niego dedykowanym, plus herbata różana. 3/4 Huncwotów patrzyło na swoją porcję mocno zdziwionych. Peter zaś stał z miną zwycięzcy.
- No. Posmakujcie - zachęcił ich.
Zrobili to... A po chwili...
- Merlinie, Peter! - Krzyknął Syriusz. - To jest idealne!!
- OMG, czemu ja nigdy czegoś takiego nie jadłem - rozpływał się James.
- Gotujesz lepiej niż moja mama - przyznał z uznaniem Remus.
- Tego oczekiwałem - powiedział Pettigrew i zaczął jeść swoją porcję z uśmiechem.
Aktualnie jestem mega roztrzęsiona, bo grałam w Medal of Honor: Allied Assault i nie mogę dojść do bunkru, bo mnie kuźwa albo zabijają, albo wysadzają ;-;
Noale. Muszę was pochwalić i to bardzo!! Pod ostatnią notką - Stadium drugim - wbiliście REKORDOWĄ LICZBĘ WYŚWIETLEŃ, czyli 444!! Takiej liczby nie było nawet na poprzednim blogu, rozpizgaliście system w 100%! Kocham was :*
Znaczy, no komentarzy było BARDZO MAŁO, BO JEDEN, ale powiedzmy, że dam jakoś radę.
Poza tym, jest tu w końcu ponad 1000 wyświetleń, z czego również jestem dumna :3
Chcę też powiedzieć, że Zmysłową najpewniej zastąpię opowiadaniem o Malec'u (Magnus Bane+Alexander Lightwood czyli Dary Anioła w mojej wersji), ale zobaczymy, co stworzę do wtorku.
A teraz macie rozdział. Wesolutki, w końcu.
_________________________________________________________________________________________________
Marzec już na początku przyniósł ocieplenie po zimie. Śnieg zaczynał odmarzać, a w niektórych miejscach nawet topnieć już pierwszego dnia. Teraz, kiedy wszyscy byli znowu w szkole, lekcje odbywały się normalnie, a uczniowie mniej więcej wdrożyli się z powrotem w tryb nauki, Albus mógł ogłosić to, co zamierzał już od kilku tygodni. Dzień wcześniej do Hogwartu przyjechali trzej nowi nauczyciele, ale chyba nikt nie zdążył ich jeszcze zauważyć, ponieważ nie pojawili się na kolacji, ani na śniadaniu. Zorganizował - co bardzo rzadko się zdarzało - spotkanie w czasie lekcji. Gdyby przekazał tę jakże ważną informację uczniom na np obiedzie, nie wszyscy mogliby tam być. To był powód, dla którego każdy nastolatek w Hogwarcie cieszył się - wszystkim odpadnie jedna lekcja. Najlepiej - według Albusa, oczywiście - mieli drugoroczni, ponieważ im spotkanie wypadło na eliksirach. Nie lubił ich. Dawał sobie radę z warzeniem niezbyt skomplikowanych wywarów, ale bardzo nużyło go trzymanie się ustalonej z góry receptury. Dumbledore zawsze lubił dodawać coś od siebie. Bardziej elegancki ruch różdżką, inny akcent, czy w ogóle magia niewerbalna to były rzeczy, które kochał. Wymyślił bardzo dużo zaklęć sam, bez czyjejkolwiek pomocy. Był dumny ze swojego życia. Przeżył już prawie wiek i nie zamierzał jeszcze odchodzić. Nie, on miał w głowie całą masę kolejnych odkryć, które trzeba zrealizować.
Rozsiadł się wygodniej w fotelu i patrzył na kupkę popiołu leżącą na złotym drzewku. Czekał. Po chwili kupka zaczęła się ruszać i wyszedł z niej mały feniks. Albus kochał Fawkesa. Dostał go, gdy miał dziesięć lat i czasem wydawało mu się, że ptak jest jedyną stałą rzeczą w jego życiu. Wszystkie głupie błędy przez które odeszli jego bliscy sprawiły, że czasem wydawało mu się, że ludzkie życie jest zbyt kruche. Fawkes jednak potrafił wyczuć niebezpieczeństwo, uniknąć go. Był niesamowity.
***
Lekcje bardzo mu się dłużyły. Najbardziej nie potrafił skupić się na zaklęciach. Kompletnie nie rozumiał tego, co nauczyciel do nich mówił. Nie próbował nawet nic zapamiętać. Ogółem rzecz biorąc najbardziej skupiał się na tym, żeby dotrwać do eliksirów. Dlaczego? Bo miało ich nie być! Pierwszy raz słyszał o czymś takim. W Hogwarcie wszystkie lekcje odbywały się normalnie, według planu. Rzadko kiedy zdarzało się coś jak "odwołana lekcja", bo nawet kiedy jakiś nauczyciel zachorował, zamiast jego przedmiotu wpychano inny. Także ogółem w Hogwarcie wcale nie było tak idealnie.
Rozejrzał się po klasie. Remus słuchał z zainteresowaniem. James rysował coś piórem po stoliku. Peter spał, oparty o swoją ławkę. Megan bawiła się różdżką. Jego uwagę zwróciła burza loków siedząca obok niego. Położył się i patrzył na nią. Bawiła się włosami i błądziła wzrokiem po pomieszczeniu. Uśmiechnął się.
- Syriusz - syknął ktoś i uderzył go w ramie. Ławki były podwójne, uderzenie nadeszło z lewej strony, a obok niego siedzi Lupin. Spojrzał na wilkołaka z wyrzutem.
- Coo - mruknął.
- Peter śpi, nie rób tego samego, błagam - powiedział, patrząc na niego z naganą.
- Oczywiście, mamusiu - Black wywrócił oczami, a owa burza loków spojrzała na niego.
- Mamusiu? - Zapytała Dorcas.
- No bo on taki dziewczęcy jest, tylko spójrz - szepnął.
Remus spojrzał na nich, ściągnął usta na bok i machnął dłonią. Włosy nieprzycinane przez dość długi czas miały już pokaźną długość, kilka kosmyków opadło mu na oczy. Wyglądał uroczo, ale rzeczywiście całkiem dziewczęco. Dorcas parsknęła śmiechem. Remus pokręcił głową w geście dezaprobaty.
- Rozumiecie, o co w tym chodzi tak? - Zapytał Flitwick.
Wszyscy pokiwali głową.
- To świetnie. W takim razie zadaję wam dwupergaminowe wypracowanie na temat zaklęć komunikacyjnych.
Syriusz westchnął głęboko i załamał się na ławkę. Przecież on nawet nie wie, co to.
***
Bardzo była ciekawa, co też Dumledore chce im przekazać. Wiedziała, że rzadko zdarzało się, żeby w Hogwarcie odwoływane były lekcje. Dlatego, gdy tylko nauczyciel powiedział, że NIESTETY lekcja eliksirów nie odbędzie się zgodnie z planem i, że muszą iść do Wielkiej Sali, Megan była jedną z pierwszych osób, które znalazły się przy drzwiach klasy. Szła z przodu, zaraz przy nauczycielu. Z jednej strony bała się, że to będzie coś strasznego, że zamykają szkołę... Ale z drugiej, może dyrektor zamierza zorganizować jakieś wydarzenie? Byłoby to conajmniej niesamowite, w jej subiektywnej opinii.
- A ty co tak z przodu? - Zapytał jej ktoś, ciepłym, słodkim głosem.
Spojrzała na niego. Damien!
- Nie mogę się doczekać. Chcę już wiedzieć, o co chodzi - powiedziała z uśmiechem od ucha do ucha.
- Niecierpliwa, hm? - Też się uśmiechnął, ukazując rządek śnieżnobiałych zębów i lekkie dołeczki w policzkach. Gdy się uśmiechał jego oczy prawie się zamykały. Był słodki.
- No tak! Bo to na pewno coś ciekawego jest - stwierdziła głosem dziecka.
- A ja się martwię, że coś się stało - dołączył do nich kolejny rozmówca, Erick. Muskularny, wysoki z zawsze rozbawionym wyrazem twarzy. Często miewał pusty wzrok, był tak jak Megan artystą, pisarzem, zamyślał się. Wiedziała o tym, ale nigdy jeszcze nic z tym nie zrobiła. Zresztą Damien też miał artystyczną duszę. Malował, fotografował i śpiewał. A do tego obydwoje tańczyli. Faceci idealni po prostu.
- Też mi to przeszło przez myśl. Ale chyba nie - mruknęła zamyślona.
- Raczej nie sądzę. Nauczyciele byli podenerwowani. A nie są. Więc chyba nie - uśmiechnął się Dam.
Wszyscy wzruszyli ramionami z uśmieszkami na ustach.
Weszli do Wielkiej Sali. Był marzec, więc wyglądała normalnie, bez żadnych efektów specjalnych. Megan usiadła pomiędzy Erickiem i Damienem. Coraz bardziej się niecierpliwiła. A do tego musieli czekać jeszcze na resztę ludzi. Po prostu miała dość.
- Bgaa, ile jeszcze - warknęła cicho.
Chłopcy zaśmieli się.
- Weź się uspokój - powiedział do niej Erick.
- Nie - pokazała mu język.
Sala zaczęła się zapełniać. Nareszcie, przeszło Megan przez myśl. Kiedy wszyscy byli już na swoich miejscach, dyrektor wstał. McGonagall uciszyła zebranych. Jak zawsze.
- Witajcie, drodzy uczniowie! - Powiedział Dumbledore, rozkładając ręce i uśmiechając się serdecznie. Był taki miły. - Wiem, że pewnie jesteście zdziwieni tym, że zebrałem was tu podczas lekcji. Może niektórzy są szczęśliwi... Pewnie nawet większość - opuścił ręce i mrugnął do wszystkich. - Ale to, co chciałem wam przekazać, jest bardzo ważne. Otóż, jak dobrze wiecie, Ministerstwo raczej nie miesza się w naukę Hogwartu. Jednakże tym razem sprawa nie dotyczy tylko naszej szkoły, a wszystkich. Odgórnie orzeknięto, że młodzi ludzie jakimi jesteście, powinni uczyć się typowej, ogólnokształcącej wiedzy. Wynieśliście trochę ze szkół mugolskich... Przynajmniej większość. Część może z nauki w domu. Ale o to chodzi Ministerstwu, aby tę wiedzę pogłębić. I tak, dojdą wam trzy nowe przedmioty. Całkiem mugolskie. Arytmetyka, zajęcia fizyczne oraz literatura. W związku z tym, mamy trzech nauczycieli, powitajcie ich brawami - powiedział i wskazał na trzy osoby, które wstały. - Pani White, nauczycielka literatury - była to wbrew nazwisku, czarnoskóra kobieta z dredami i tunelami w uszach. Wszyscy zaczęli głośno głaskać, kilku chłopców gwizdnęło. Kobieta miała bardzo ładną figurę. - Pan Watts, nauczyciel zajęć fizycznych - wysoki na dwa metry, umięśniony mężczyzna z lekkim zarostem i tatuażem na szyi, który chyba ciągnął się od lewej ręki. - I pan Manson, nauczyciel arytmetyki - był on dość wysoki, z krótko przystrzyżonymi włosami i milutkim wyrazem twarzy. - Mam nadzieję, że przyjmiecie ich ciepło oraz, że przyłożycie się do nowych przedmiotów!
Megan spojrzała na przyjaciół z uśmiechem. Każdy był ciekawy owych lekcji, ale ona znała je dobrze. To przecież zwykła matematyka, angielski i wychowanie fizyczne. Miała je w szkole. Wzruszyła ramionami.
- W związku z tym, że za chwilę i tak byłby obiad... Zaczniemy go już teraz, bo nie opłacałoby się wracać do klas na piętnaście minut lekcji - powiedział dyrektor wywołując tym niemały aplauz wśród uczniów... Zaś kilku nauczycieli miało chyba inne zdanie niż on.
Stoły nagle zapełniły się jedzeniem. Po chwili słychać było już tylko obijane o siebie naczynia i sztućce.
***
Chłopcy siedzieli już w swoim dormitorium, po lekcjach, wykąpani, uśmiechnięci. Remus zwinął się w kulkę na swoim łóżku i czytał książkę, Syriusz założył słuchawki i słuchał muzyki, James kreślił coś w jakimś zeszycie, a Peter po prostu leżał. To była jedna z tych chwil,kiedy mieli na kilka minut dość siebie i chcieli zająć się swoimi sprawami. To właśnie był minus takich szkół, gdzie się mieszka. Cały czas masz do czynienia z tymi samymi ludźmi, aż w końcu poznajesz ich stuprocentowo, wiesz jakie mają zwyczaje, czy chrapią, jakie noszą skarpetki, czy bieliznę. Jak małżeństwo dosłownie. A potem nagle następuje dwumiesięczna separacja. Tragedia.
- Jeść - powiedział Peter, przerywając ciszę.
- Kuchnia? - Zapytał Syriusz.
- Kuchnia - odpowiedział James.
- Regulamin... - Mruknął Remus.
- Kuchnia - powtórzył James.
Weszli do kuchni. Ale nie tej ze skrzatami. Postanowili sprawdzić, czy Pokój Życzeń podoła stworzeniu idealnego pomieszczenia do gotowania z pełnym wyposażeniem. Nie zawiódł ich. Pokój był przestronny, meble drewniane. Na środku stała wysepka, obok niej kilka stołków barowych. Usiedli na niej Potter i Black.
- Będziecie gotować? - Zapytali reszty.
- Tak - Remus i Peter spojrzeli na siebie.
- Mamusia i tatuś - mruknął Syriusz i położył głowę na swoim ramieniu. Wyglądał jak naćpany.
Pomieszczenie wypełnił śmiech.
- Okeej - James zmienił pozycję. Usiadł na blacie. - My popatrzymy. - Syriusz przysiadł koło niego i teraz wyglądali przekomicznie. Siedząc po turecku na jednej stronie wysepki kuchennej. Było to też na swój kulawy sposób urocze.
Remus wychodził z założenia, że tylko on potrafi tu gotować. Ale nie! Peter go zaskoczył.
- Ty będziesz moim giermkiem,. Będziesz mi tylko pomagać. Ja gotuję - powiedział, podwijając rękawy.
- Peter umie gotować? - Zapytał Syriusz.
- Umie - odpowiedział i uśmiechnął się conajmniej szarmancko.
Remus zrobił zdziwioną minę, a Black i Potter wzruszyli ramionami.
Przez następną godzinę ćwiartował, wyciskał, miażdżył i ciął wszystko, co kazał mu Peter. Efekt był zaskakujący: kurczak z maślanym sosem, surówką z marchewki, całą masą cebuli, czosnku itp, ryżem i sosem do niego dedykowanym, plus herbata różana. 3/4 Huncwotów patrzyło na swoją porcję mocno zdziwionych. Peter zaś stał z miną zwycięzcy.
- No. Posmakujcie - zachęcił ich.
Zrobili to... A po chwili...
- Merlinie, Peter! - Krzyknął Syriusz. - To jest idealne!!
- OMG, czemu ja nigdy czegoś takiego nie jadłem - rozpływał się James.
- Gotujesz lepiej niż moja mama - przyznał z uznaniem Remus.
- Tego oczekiwałem - powiedział Pettigrew i zaczął jeść swoją porcję z uśmiechem.
Wybaczcie, że takie krótkie :/
Lunaris
Lunaris
czwartek, 31 grudnia 2015
Stadium drugie - uzależnienia
Nie udało mi się napisać Zmysłowej, bo nie miałam na nią pomysłu. Chciałam napisać coś z perspektywy Ethana, ale po prostu nie wiedziałam co. Alex mówiła mi, że chce, żeby się pokłócili, ale i tego nie potrafiłam ubrać w słowa. Dlatego postanowiłam na jakiś czas zawiesić to opowiadanie i zamienić je na inne, jeszcze nie wiem, jakie. Zobaczymy w następny Wtorek.
Szczęśliwego Nowego Roku!! Jakie macie plany na dzisiejszą noc? Ja nadal nie mam pewności, jak to u mnie będzie. Miałam iść do kolegi i tam się spotkać ze znajomymi, ale nie wypaliło, więc oni uznali, że jak ja nie przyjdę na Sylwka, to Sylwek przyjdzie do mnie - przyjadą o 20 na moje osiedle XD
No, zobaczymy jak to się potoczy, a tymczasem macie piękne i dramatyczne opo - Chorobę.
Buziaki!
Szczęśliwego Nowego Roku!! Jakie macie plany na dzisiejszą noc? Ja nadal nie mam pewności, jak to u mnie będzie. Miałam iść do kolegi i tam się spotkać ze znajomymi, ale nie wypaliło, więc oni uznali, że jak ja nie przyjdę na Sylwka, to Sylwek przyjdzie do mnie - przyjadą o 20 na moje osiedle XD
No, zobaczymy jak to się potoczy, a tymczasem macie piękne i dramatyczne opo - Chorobę.
Buziaki!
Czytam - komentuję
_______________________________________________________________________________________________
Typ: Seria opowiadań - "Choroba zwana tragiczną miłością."
Gatunek: Fantasy, romans
Bohaterowie: Megan Night, Remus Lupin, Fenrir Greyback
Zastrzeżenia: ---
Informacje dodatkowe: ---
Gatunek: Fantasy, romans
Bohaterowie: Megan Night, Remus Lupin, Fenrir Greyback
Zastrzeżenia: ---
Informacje dodatkowe: ---
_____________________________________________________________________________________________
„Miłość jest jak uzależnienie.
Odwyk cholernie boli.”
Odwyk cholernie boli.”
Pierwszy dzień po jego stracie
przeleżałam w łóżku, nie dając żadnego znaku życia.
Drugi dzień po jego stracie wstawałam jedynie po to, żeby pójść do łazienki.
Pierwszy tydzień po jego stracie wstawałam już nawet po jedzenie.
Drugi tydzień po jego stracie pierwszy raz postanowiłam wyjść z domu.
***
Siedziałam na dachu domu z runą niewidzialności na ramieniu. Patrzyłam na ludzi, którzy wychodzili z naszej klatki schodowej i śpieszyli do pracy, do szkoły, bądź gdziekolwiek indziej. Zastanawiałam się, czy zdają sobie sprawę, jak wielkie szczęście mają… Żyją w tak prostym świecie. Bez codziennych ataków sił nadprzyrodzonych, bez niebezpiecznych przedmiotów magicznych, mogących wyrządzić milion razy większe szkody, niż głupia bomba atomowa, czy jakakolwiek inna. Gdzie wojna nie oznacza tylko arsenału metalowych, zimnych, bezdusznych przedmiotów, przeżywających załamanie nerwowe żołnierzy i niczego nierozumiejących cywili, ale także niewidzialnych ludzi, mogących zabić cię z najmniej oczekiwanym momencie, zaklęć, które sprawią tak wielkie cierpienie, że człowiek nie umrze, a zwariuje i pozostanie tak zawieszony między życiem a śmiercią na wieczność. Nie. Ich największym zmartwieniem mogli być zabójcy, którzy zbiegli z tutejszego więzienia kilka dni temu, złodziej, który okradł pobliski sklepik, czy nierozważni kierowcy, raz po raz zabijający niczego niespodziewających się przechodniów. Może od czasu do czasu trafi się jakiś pedofil, o którym media będą mówić całymi dniami, bo zgwałcił czteroletniego chłopca. Ich nie obchodził psychopata, który wstrzykiwał dzieciom demoniczną krew, po to, by stworzyć niepokonaną armię. Ich nie obchodziło stado wilkołaków wyjętych spod prawa, biegające po całym Podziemnym Świecie i zabijające wszystko na swojej drodze (może za wyjątkiem niektórych kobiet, bądź – jak kto woli – mężczyzn, których najpierw gwałcili, a oni umierali z wycieńczenia). Ich nie obchodził stary ród wampirów, które uznały, że na świecie nie ma miejsca dla zwykłych ludzi i szykują zmasowany atak w Nowym Jorku. Ich nie obchodził nawet traktat podpisany pomiędzy kilkoma galaktykami odnośnie Układu Słonecznego (który - jak się w przybliżeniu podaje - zniknie za 2mld lat), mówiący o tym, że kiedy planety z naszego układu zaczną wybuchać inne galaktyki wykorzystają tą energię dla siebie. Nie. Oni teraz szli do pracy, szkoły, koleżanki, kolegi, czy kogokolwiek innego i nie mieli czasu na myślenie nad tym, czy coś takiego w ogóle ma miejsce. A miało.
To stado wilkołaków, to, które atakuje małe wioski w Podziemnym Świecie, zgrabnie omijając Miasta Kości (miasto centralne w każdym państwie zawsze miało taką nazwę, bo strzegły go kości i prochy Nocnych Łowców, Wiedźminów i kilku innych ras), to oczywiście Grex Mortem, czyli stado śmierci. Przewodził nim Greyback. Teraz zostali bez swojego pana i z tego, co wiedziałam władze i tak nie potrafiły ustalić, gdzie się znajdują. To było dla mnie niepojęte. Mają dostęp do ludzkiej technologii, do magii i innych rzeczy, a nie potrafią dowiedzieć się, gdzie jest grupa około dwudziestu osób? Co było nie tak z władzami??
Grex Mortem nie mieli teraz pana, ponieważ postanowił on zająć się rzeczą ważniejszą – Remusem Johnem Lupinem. Zająć się w sensie, jakiego nie chciałam znać. Oparłam głowę na podwiniętych pod klatkę piersiową nogach i chciałam przestać myśleć, ale wspomnienia mojego ukochanego przedzierały się przez wcale nie tak szczelną barierę, którą na szybko wybudowałam w głowie. Czułam, że jej ścianki powoli ustępują fali uśmiechów, słów, dotyków i żartów Remusa. Kiedy w końcu pękły, skrzywiłam się, a łzy popłynęły po moich policzkach. Były gorące i słone. Okropne uczucie wbijanego w moją klatkę piersiową tępego noża, wyrwało z moich ust cichy jęk. Ten nóż przebijał moje serce i płuca tak, że nie potrafiłam oddychać. Ale ból nie ustępował, bo ten, kto go wbijał wiedział, jak bardzo może mnie tym zranić. Tak, Greyback uwielbiał takie długie i tępe narzędzia. Zatapiała się znowu w ciemność, tak dobrze poznaną przez te dwa tygodnie. Chciała się od niej uwolnić, ale nie wiedziała jak. Nie było nic, czego mogłaby się złapać, nie było dna, od którego mogłaby się odepchnąć. Nie było nic. Tylko pustka, ciemność, cisza i cierpienie.
***
Przebudziłem się lekko i nie otwierając oczu chciałem przytulić do siebie Megan… Tylko, że jej tu nie było. Nie czułem jej zapachu, nie słyszałem jej równomiernego oddechu. Otworzyłem oczy i usiadłem, co było złym pomysłem. Tępy ból w głowie, uczucie rozrywanej skóry na boku klatki piersiowej. Miałem ranę ciętą, która chyba nie chciała się zagoić. Nabrałem powietrza i wstałem. Rozejrzałem się.
Cały pokój był z ciemnego drewna – podłoga, ściany i sufit. Łóżko, na którym spałem było pokaźnych rozmiarów, z kolumnami i rubinowymi kotarami oraz pościelą w takim samym kolorze. Obok niego po jednej stronie stała szafka, zaś po drugiej półka na książki. Podszedłem do niej i przejrzałem tytuły woluminów ułożonych na niej. Księgi były oprawione w skórę, niektóre były przepisami na eliksiry, inne opowiadały o sztuce łowiectwa. Odłożyłem książki i obróciłem się. Naprzeciwko łóżka stał kominek, obok niego bujany fotel, po drugiej stronie biurko. Jedyne okno w tym pomieszczeniu miało zamknięte okiennice. Chciałem je otworzyć, ale nie dało mi się. Wetchnąłem. Otworzyłem za to drzwi i wyszedłem na korytarz, na którego podłodze położony został czerwony dywan. Mijałem wejścia do innych pomieszczeń – czarne, wielkie wrota z mosiężnymi klamkami. W końcu wyszedłem do przestronnego pokoju, który chyba był salonem. Stała tam bowiem czarna, skórzana sofa, telewizor, stolik do kawy i dwie półki, zastawione rzeczami takimi jak noże, strzelby i małe rzeźby. Salon połączony był z przestronną kuchnią. Czarny marmur na blatach, mahoniowe drewno na półkach i szkarłatne kafelki naścienne i podłogowe dawały ciężki i zimny, ale nastrojowy efekt. Rozglądając się uznałem, że i tutaj okiennice są zamknięte. Nie próbowałem ich otwierać. Podchodząc do lodówki westchnąłem. Ten dom wyglądał normalnie.
Usłyszałem ciche pyknięcie, a potem otwieranie starych drzwi. Wyjrzałem zza ściany i zobaczyłem jego. Greyback wychodził z ukrytego w ścianie przejścia. Zamknął je, obrócił się i uśmiechnął do mnie. On też wyglądał normalnie – czarna koszula i takie same spodnie, do tego grafitowe mokasyny. Nie przypominał mi tego człowieka, którego bałem się przez całe życie. Był czysty, spokojny i opanowany. Ciekawe.
- Obudziłeś się – powiedział powoli, zachrypniętym głosem. – To bardzo dobrze i miło z twojej strony. Głodny? – Szedł nonszalancko w moją stronę.
Kiwnąłem głową, czując niepokój.
- Zrobię ci jedzenie. Myślę, że ty w tym czasie mógłbyś wziąć… - Zatrzymał się i przestał mówić. Wziął w dłonie jabłko z koszyka na owoce stojącego na wysepce kuchennej. Było krwistoczerwone. – Albo nie.
Cisnął jabłkiem w moją stronę. Złapałem je bez problemu, dzielnie znosząc jego przenikające spojrzenie. Kącik jego ust drgnął lekko.
- Świetny refleks – stwierdził.
- Po tatusiu – powiedziałem i ugryzłem owoc. Był pyszny. Soczysty i wyrazisty. Może dlatego, że dawno nic nie jadłem. – Dlaczego kazałeś mi spać tak długo? – Zapytałem o jedną z kilkunastu niezrozumiałych dla mnie rzeczy.
Greyback zaśmiał się cicho i podszedł do mnie. Stanął pół metra ode mnie.
- Chciałem żebyś wypoczął i dał mi czas na zamaskowanie wszystkiego, co już zrobiłem. Gdybym zostawiał cię tu samego, a ty byś nie spał, pewnie przyszłaby ci do głowy ucieczka, może nawet udałoby ci się ją uskutecznić. A tak… Jestem tutaj z tobą i nie muszę się martwić ewentualnymi utrudnieniami – wytłumaczył. – To tylko kwestia dobrze dawkowanego eliksiru.
- Czego ode mnie chcesz? – Pytałem dalej. Ogryzek po jabłku obejrzałem i zjadłem, nie pozostawiając nic.
- Tego, co zawsze. Przysługi i zabawy.
- Szkoda tylko, że nie oddajesz przysług – stwierdziłem cierpko. – Co mam zrobić?
- Jest pewien czarownik – podszedł do lodówki, otworzył ją. Wyciągnął sok pomarańczowy i sajgonki. – Który bardzo przeszkadza mojemu stadu. Chce on, co bardzo mnie śmieszy, zorganizować grupę kilku dzieci Lilith po to, by zniszczyć Grex Mortem. Zabawne, nie sądzisz? – Spojrzał na mnie, nalewając soku do dwóch szklanek. – Chcę się pozbyć jego, całego tego beznadziejnego ugrupowania i jeszcze dwóch osób. – Wstawił talerz z sajgonkami do mikrofali, po czym włączył ją i znów podszedł do mnie, podając mi szklankę z sokiem.
- Jakich dwóch osób? – Zapytałem, pijąc napój.
Mój rozmówca wyszedł z kuchni, wziął różdżkę z półki stojącej obok i machnął nią lekko cicho szeptając bardzo dobrze znane mi zaklęcie – „Accio”. Czarna teczka wylądowała w jego dłoni. Położył ją na blacie obok mnie.
- Przejrzyj.
Wahałem się. W końcu jednak uznałem, że nie mam innego wyjścia, więc musiałem otworzyć teczkę. W środku było sześć zdjęć. Dwaj mężczyźni, dwie kobiety i… Dwoje małych, słodkich dzieci. Dziewczynki i chłopca. Ona miała co najwyżej trzy latka, zaś on około pięciu. Przełknąłem ślinę. Nie. Nie każe mi zabić dzieci. Nie zrobi tego.
- Dlaczego sam nie możesz się ich pozbyć? – Spytałem, siląc się na spokojny ton.
- Och, to proste. Jestem zbyt poszukiwany. Zdobywanie informacji jest dla mnie zbyt trudne, a nie mogę zostawiać mojego stada samego na zbyt długo. – Powiedział Fenrir, stawiając talerz z jedzeniem na wysepce i odsuwając lekko stołek barowy. – Usiądź i zjedz, szczeniaczku.
Wykonałem polecenie, zabierając ze sobą szklankę z sokiem. Greyback usiadł obok mnie.
- A twoje stado? Ktoś stamtąd nie może tego zrobić? - Powstrzymywałem się od rzucenia na sajgonki. Bardzo je lubiłem, a do tego byłem niebywale głodny. Musiałem jednak dowiedzieć się jak najwięcej.
- To zwykli ludzie zmienieni w wilkołaki. Nie potrafią działać strategicznie i cicho. Umieją zabijać. Nic poza tym – wzruszył ramionami.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
- Dlatego potrzebujesz mnie. Co mam niby zrobić? Jak mam się dowiedzieć, gdzie szukać tych ludzi? Tutaj są tylko zdjęcia i nazwiska – zmarszczyłem brwi. Byłem dobrym zabójcą, pewnie przez lata spędzone na treningach z przyjaciółmi nefilim, wiedźminami, czy asasynami, ale nie potrafiłem myśleć dokładnie jak oni.
- Wszystko w swoim czasie – uśmiechnął się mężczyzna.
- Dobrze. A dlaczego akurat ja? Przecież lepszym materiałem na cichego zabójcę byłby asasyn na przykład – stwierdziłem.
- Ale nikt nie potrafi przy okazji zaspokoić moich potrzeb w ten sposób, w jaki ty umiesz to zrobić – powiedział cicho.
Spojrzałem w talerz.
- Co z dziećmi? Dlaczego i one są elementami w tej grze?
- Są pół wilkołakami, pół wampirami. Nie chcę, żeby coś takiego istniało.
Zesztywniałem. Lykanie. Co z Megan? I Marcelem?
- A jeśli nie będę chciał współpracować? – Zapytałem.
Zamiast odpowiedzi uzyskałem kilka zdjęć rzuconych na blat. Megan, Syriusz, James, Damien, Erick. Wszyscy ci, którzy byli mi najbliżsi. Greyback wziął pierwsze zdjęcie – Ericka.
- Erick Dean Lawson, nefilim, anioł i mroczny żniwiarz. Miejsce zamieszkania – urwał na chwilę. – Spichrzowa, kamienica. Jest gejem, ma chłopaka. Młodsza siostra, brat i rodzice. Szczęśliwa rodzina.
Zakończył. Rzucił zdjęcie i cisnął w nie nożem wyjętym zza paska. Wbił się w kartkę, a potem razem z nią w ścianę. Wziął kolejne zdjęcie.
- Syriusz Orion Black. Czarodziej. Miejsce zamieszkania Kustronia, mieszkanie . Ma dziewczynę Lexy Darkness. Młodszego brata, rodziców i wujka, który załatwił mu osobne mieszkanie.
Wziął zapalniczkę i podpalił zdjęcie. Spaliło się całe, pozostawiając czarny popiół. Następne zdjęcie.
- James Potter. Czarodziej. Miejsce zamieszkania aktualnie Stany Zjednoczone, Boston, Johnson Ave. Rodzice to jego jedyna rodzina.
Wstał, nalał wody do kubka, zwinął lekko zdjęcie i włożył do środka. Wziął kolejne.
- Damien Monter. Anioł i demon w jednym – uśmiechnął się lekko. – Miejsce zamieszkania Milczewskiego Bruna. Starsza siostra, dwaj starsi bracia i rodzice. Nienawidzą go wszyscy, poza najstarszym bratem. Gej, ma chłopaka, Ericka.
Wstał, wziął pistolet z półki w salonie i przestrzelił zdjęcie. Potem wziął ostatnie.
- Megan Night – zacmokał lekko. – Wilkołak, nefilim, czarodziej i czarownik, oraz asasyn. Trochę dużo, jak na taką małą dziewczynkę, co? – Zaśmiał się lekko. Czyli nie wiedział dokładnie, o rasach Megan.– Miejsce zamieszkania Milczewskiego Bruna, blok obok Montera. Brat bliźniak i rodzice, szczęśliwa rodzinka. Ma chłopaka… A może raczej miała. Remusa Lupina – uśmiechnął się okropnie.
Wziął długopis i napisał coś na zdjęciu.
- To się stanie, jeśli nie będziesz chciał współpracować – z uśmiechem podał mi zdjęcie i odszedł.
Napis przykrywał uśmiech Megan.
Cierpienie.
***
Marcel wyjrzał przez okno mojego pokoju. Spojrzałam na niego, a on uśmiechnął się do mnie lekko.
- Chodź do domu – powiedział, wyciągając do mnie rękę. On mógł mnie zobaczyć. Runa niewidzialności działała tylko dla ludzi.
Weszłam do pokoju.
- Zrobiłaś coś poza leżeniem w łóżku. Cieszę się, księżniczko – powiedział, tuląc mnie.
- Ta – miałam zachrypnięty głos. Rzadko ostatnio go używałam. – Chciałam wyjść z domu. Co o tym myślisz?
- Myślę, że to najlepszy pomysł, na jaki mogłaś wpaść - uśmiechnął się szeroko, ukazując rządek białych zębów, z długimi kłami.
- A takim razie, pójdę się wykąpać. – Wyplątałam się z jego objęć, cmoknęłam go w policzek i wparowałam do łazienki, zakluczając drzwi.
Puściłam gorącą wodę do wanny, wlałam najwięcej kolorowych płynów do mycia ciała, ile mogłam. Zdjęła ubrania, umyłam zęby, przeczesałam potargane włosy i weszłam do wody. Była cholernie gorąca. Moja skóra przybrała czerwonawy odcień. Ochlapałam twarz, zanurzyłam głowę. W mojej głowie rodził się plan.
Po ogoleniu, umyciu, wysuszeniu, wysmarowaniu i wypsikaniu mojego ciała byłam gotowa do wyjścia z łazienki. Przeniosłam się do sypialni. Założyłam czarną bokserkę, legginsy i szary sweterek. Włosy rozpuściłam. Paznokcie pomalowałam na czarno i dodałam trochę złotego brokatu. Nałożyłam na twarz podkład, na rzęsy tusz, na usta czarną szminkę. Oczy podkreśliłam kredką i odrobiną błyszczącego, szarego cienia. Wzięłam torebkę, spakowałam tam pistolet, nóż, pieniądze i kosmetyki. Ubrałam czarne koturny, krzyknęłam pożegnanie i wyszłam, wiedząc, że na noc nie wrócę. Czułam na sobie wzrok mojego bliźniaka, gdy szłam w stronę wyjścia z osiedla.
Zapukałam do drzwi mojej znajomej. Miałam nadzieję, że była w domu. Nie myliłam się. Otworzyła mi z uśmiechem. Na korytarz wylała się energiczna muzyka.
- Megan? Szukasz Syriusza? – Zapytała lekko się zacinając.
- Między innymi. Ale ciebie też. Mogę się wkręcić?
Rebecca zmarszczyła brwi, ale po chwili odsunęła się. Weszłam do środka.
- Co jest? – Dziewczyna złapała mnie za ramie.
- Chcę się pobawić. Tylko tyle. Gdzie Syriusz?
- W salonie, razem z resztą.
- Super.
Weszłam do wskazanego mi pomieszczenia. Wszyscy spojrzeli na mnie, zaś mój przyjacielo-ćpun zamknął mnie w uścisku.
- Co wy wszyscy macie z tym przytulaniem – mruknęłam cicho.
- Jak się czujesz? – Zapytał.
- Dobrze. A poczuję się lepiej, kiedy dasz mi piwo i skręta, albo coś innego – powiedziałam siadając obok nieznanego mi chłopaka, który wdychał jakiś proszek.
Byłam tam, gdzie chciałam być. To miało być moje nowe, głupie i pełne zapomnienia życie.
***
Nie zjadłem tego, co dostałem od Greybacka. Nie potrafiłem się zmusić. Patrzyłem na wszystkie zdjęcia po kolei. Erick z nożem w głowie, resztki spalonego Syriusza, zatopiony James, przestrzelony Damien i Megan… Nie chciałem, żeby to tak się skończyło. Wróciłem do sypialni, w której się obudziłem. Siadając na łóżku, wyciągnąłem z kieszeni spodni dwie rzeczy – naszyjnik i mały notesik mojej ukochanej. Wisiorek założyłem, a zeszycik o wymiarach 3x3 otworzyłem i zacząłem czytać. Pisała tam słowa, które opisywały dany dzień. Na górze była data, a na środku przymiotnik. Zostawiła go u mnie niedawno. Uśmiechnąłem się i przejechałem palcem po papierze. Kiedyś ona go dotykała… Czułem, że będę musiał znaleźć sposób na zobaczenie jej. Tak, żeby ona o tym nie wiedziała.
Wieczorem podjąłem decyzję. Wstałem i poszedłem do salonu. Rozejrzałem się. Nic. Wziąłem różdżkę Fenrira, mruknąłem zaklęcie i imię Megan. Zobaczyłem ją, jak przez okienko. Spała, zwinięta w kulkę i przykryta czarnym kocem. Nie wiedziałem, gdzie była, ale chyba wszystko było dobrze, bo miała na sobie makijaż. Czyli musiała gdzieś wyjść. Uśmiechnąłem się. Może wróciła do normalności.
To było uspokajające i uzależniające. Moja własna odmiana heroiny.
Drugi dzień po jego stracie wstawałam jedynie po to, żeby pójść do łazienki.
Pierwszy tydzień po jego stracie wstawałam już nawet po jedzenie.
Drugi tydzień po jego stracie pierwszy raz postanowiłam wyjść z domu.
***
Siedziałam na dachu domu z runą niewidzialności na ramieniu. Patrzyłam na ludzi, którzy wychodzili z naszej klatki schodowej i śpieszyli do pracy, do szkoły, bądź gdziekolwiek indziej. Zastanawiałam się, czy zdają sobie sprawę, jak wielkie szczęście mają… Żyją w tak prostym świecie. Bez codziennych ataków sił nadprzyrodzonych, bez niebezpiecznych przedmiotów magicznych, mogących wyrządzić milion razy większe szkody, niż głupia bomba atomowa, czy jakakolwiek inna. Gdzie wojna nie oznacza tylko arsenału metalowych, zimnych, bezdusznych przedmiotów, przeżywających załamanie nerwowe żołnierzy i niczego nierozumiejących cywili, ale także niewidzialnych ludzi, mogących zabić cię z najmniej oczekiwanym momencie, zaklęć, które sprawią tak wielkie cierpienie, że człowiek nie umrze, a zwariuje i pozostanie tak zawieszony między życiem a śmiercią na wieczność. Nie. Ich największym zmartwieniem mogli być zabójcy, którzy zbiegli z tutejszego więzienia kilka dni temu, złodziej, który okradł pobliski sklepik, czy nierozważni kierowcy, raz po raz zabijający niczego niespodziewających się przechodniów. Może od czasu do czasu trafi się jakiś pedofil, o którym media będą mówić całymi dniami, bo zgwałcił czteroletniego chłopca. Ich nie obchodził psychopata, który wstrzykiwał dzieciom demoniczną krew, po to, by stworzyć niepokonaną armię. Ich nie obchodziło stado wilkołaków wyjętych spod prawa, biegające po całym Podziemnym Świecie i zabijające wszystko na swojej drodze (może za wyjątkiem niektórych kobiet, bądź – jak kto woli – mężczyzn, których najpierw gwałcili, a oni umierali z wycieńczenia). Ich nie obchodził stary ród wampirów, które uznały, że na świecie nie ma miejsca dla zwykłych ludzi i szykują zmasowany atak w Nowym Jorku. Ich nie obchodził nawet traktat podpisany pomiędzy kilkoma galaktykami odnośnie Układu Słonecznego (który - jak się w przybliżeniu podaje - zniknie za 2mld lat), mówiący o tym, że kiedy planety z naszego układu zaczną wybuchać inne galaktyki wykorzystają tą energię dla siebie. Nie. Oni teraz szli do pracy, szkoły, koleżanki, kolegi, czy kogokolwiek innego i nie mieli czasu na myślenie nad tym, czy coś takiego w ogóle ma miejsce. A miało.
To stado wilkołaków, to, które atakuje małe wioski w Podziemnym Świecie, zgrabnie omijając Miasta Kości (miasto centralne w każdym państwie zawsze miało taką nazwę, bo strzegły go kości i prochy Nocnych Łowców, Wiedźminów i kilku innych ras), to oczywiście Grex Mortem, czyli stado śmierci. Przewodził nim Greyback. Teraz zostali bez swojego pana i z tego, co wiedziałam władze i tak nie potrafiły ustalić, gdzie się znajdują. To było dla mnie niepojęte. Mają dostęp do ludzkiej technologii, do magii i innych rzeczy, a nie potrafią dowiedzieć się, gdzie jest grupa około dwudziestu osób? Co było nie tak z władzami??
Grex Mortem nie mieli teraz pana, ponieważ postanowił on zająć się rzeczą ważniejszą – Remusem Johnem Lupinem. Zająć się w sensie, jakiego nie chciałam znać. Oparłam głowę na podwiniętych pod klatkę piersiową nogach i chciałam przestać myśleć, ale wspomnienia mojego ukochanego przedzierały się przez wcale nie tak szczelną barierę, którą na szybko wybudowałam w głowie. Czułam, że jej ścianki powoli ustępują fali uśmiechów, słów, dotyków i żartów Remusa. Kiedy w końcu pękły, skrzywiłam się, a łzy popłynęły po moich policzkach. Były gorące i słone. Okropne uczucie wbijanego w moją klatkę piersiową tępego noża, wyrwało z moich ust cichy jęk. Ten nóż przebijał moje serce i płuca tak, że nie potrafiłam oddychać. Ale ból nie ustępował, bo ten, kto go wbijał wiedział, jak bardzo może mnie tym zranić. Tak, Greyback uwielbiał takie długie i tępe narzędzia. Zatapiała się znowu w ciemność, tak dobrze poznaną przez te dwa tygodnie. Chciała się od niej uwolnić, ale nie wiedziała jak. Nie było nic, czego mogłaby się złapać, nie było dna, od którego mogłaby się odepchnąć. Nie było nic. Tylko pustka, ciemność, cisza i cierpienie.
***
Przebudziłem się lekko i nie otwierając oczu chciałem przytulić do siebie Megan… Tylko, że jej tu nie było. Nie czułem jej zapachu, nie słyszałem jej równomiernego oddechu. Otworzyłem oczy i usiadłem, co było złym pomysłem. Tępy ból w głowie, uczucie rozrywanej skóry na boku klatki piersiowej. Miałem ranę ciętą, która chyba nie chciała się zagoić. Nabrałem powietrza i wstałem. Rozejrzałem się.
Cały pokój był z ciemnego drewna – podłoga, ściany i sufit. Łóżko, na którym spałem było pokaźnych rozmiarów, z kolumnami i rubinowymi kotarami oraz pościelą w takim samym kolorze. Obok niego po jednej stronie stała szafka, zaś po drugiej półka na książki. Podszedłem do niej i przejrzałem tytuły woluminów ułożonych na niej. Księgi były oprawione w skórę, niektóre były przepisami na eliksiry, inne opowiadały o sztuce łowiectwa. Odłożyłem książki i obróciłem się. Naprzeciwko łóżka stał kominek, obok niego bujany fotel, po drugiej stronie biurko. Jedyne okno w tym pomieszczeniu miało zamknięte okiennice. Chciałem je otworzyć, ale nie dało mi się. Wetchnąłem. Otworzyłem za to drzwi i wyszedłem na korytarz, na którego podłodze położony został czerwony dywan. Mijałem wejścia do innych pomieszczeń – czarne, wielkie wrota z mosiężnymi klamkami. W końcu wyszedłem do przestronnego pokoju, który chyba był salonem. Stała tam bowiem czarna, skórzana sofa, telewizor, stolik do kawy i dwie półki, zastawione rzeczami takimi jak noże, strzelby i małe rzeźby. Salon połączony był z przestronną kuchnią. Czarny marmur na blatach, mahoniowe drewno na półkach i szkarłatne kafelki naścienne i podłogowe dawały ciężki i zimny, ale nastrojowy efekt. Rozglądając się uznałem, że i tutaj okiennice są zamknięte. Nie próbowałem ich otwierać. Podchodząc do lodówki westchnąłem. Ten dom wyglądał normalnie.
Usłyszałem ciche pyknięcie, a potem otwieranie starych drzwi. Wyjrzałem zza ściany i zobaczyłem jego. Greyback wychodził z ukrytego w ścianie przejścia. Zamknął je, obrócił się i uśmiechnął do mnie. On też wyglądał normalnie – czarna koszula i takie same spodnie, do tego grafitowe mokasyny. Nie przypominał mi tego człowieka, którego bałem się przez całe życie. Był czysty, spokojny i opanowany. Ciekawe.
- Obudziłeś się – powiedział powoli, zachrypniętym głosem. – To bardzo dobrze i miło z twojej strony. Głodny? – Szedł nonszalancko w moją stronę.
Kiwnąłem głową, czując niepokój.
- Zrobię ci jedzenie. Myślę, że ty w tym czasie mógłbyś wziąć… - Zatrzymał się i przestał mówić. Wziął w dłonie jabłko z koszyka na owoce stojącego na wysepce kuchennej. Było krwistoczerwone. – Albo nie.
Cisnął jabłkiem w moją stronę. Złapałem je bez problemu, dzielnie znosząc jego przenikające spojrzenie. Kącik jego ust drgnął lekko.
- Świetny refleks – stwierdził.
- Po tatusiu – powiedziałem i ugryzłem owoc. Był pyszny. Soczysty i wyrazisty. Może dlatego, że dawno nic nie jadłem. – Dlaczego kazałeś mi spać tak długo? – Zapytałem o jedną z kilkunastu niezrozumiałych dla mnie rzeczy.
Greyback zaśmiał się cicho i podszedł do mnie. Stanął pół metra ode mnie.
- Chciałem żebyś wypoczął i dał mi czas na zamaskowanie wszystkiego, co już zrobiłem. Gdybym zostawiał cię tu samego, a ty byś nie spał, pewnie przyszłaby ci do głowy ucieczka, może nawet udałoby ci się ją uskutecznić. A tak… Jestem tutaj z tobą i nie muszę się martwić ewentualnymi utrudnieniami – wytłumaczył. – To tylko kwestia dobrze dawkowanego eliksiru.
- Czego ode mnie chcesz? – Pytałem dalej. Ogryzek po jabłku obejrzałem i zjadłem, nie pozostawiając nic.
- Tego, co zawsze. Przysługi i zabawy.
- Szkoda tylko, że nie oddajesz przysług – stwierdziłem cierpko. – Co mam zrobić?
- Jest pewien czarownik – podszedł do lodówki, otworzył ją. Wyciągnął sok pomarańczowy i sajgonki. – Który bardzo przeszkadza mojemu stadu. Chce on, co bardzo mnie śmieszy, zorganizować grupę kilku dzieci Lilith po to, by zniszczyć Grex Mortem. Zabawne, nie sądzisz? – Spojrzał na mnie, nalewając soku do dwóch szklanek. – Chcę się pozbyć jego, całego tego beznadziejnego ugrupowania i jeszcze dwóch osób. – Wstawił talerz z sajgonkami do mikrofali, po czym włączył ją i znów podszedł do mnie, podając mi szklankę z sokiem.
- Jakich dwóch osób? – Zapytałem, pijąc napój.
Mój rozmówca wyszedł z kuchni, wziął różdżkę z półki stojącej obok i machnął nią lekko cicho szeptając bardzo dobrze znane mi zaklęcie – „Accio”. Czarna teczka wylądowała w jego dłoni. Położył ją na blacie obok mnie.
- Przejrzyj.
Wahałem się. W końcu jednak uznałem, że nie mam innego wyjścia, więc musiałem otworzyć teczkę. W środku było sześć zdjęć. Dwaj mężczyźni, dwie kobiety i… Dwoje małych, słodkich dzieci. Dziewczynki i chłopca. Ona miała co najwyżej trzy latka, zaś on około pięciu. Przełknąłem ślinę. Nie. Nie każe mi zabić dzieci. Nie zrobi tego.
- Dlaczego sam nie możesz się ich pozbyć? – Spytałem, siląc się na spokojny ton.
- Och, to proste. Jestem zbyt poszukiwany. Zdobywanie informacji jest dla mnie zbyt trudne, a nie mogę zostawiać mojego stada samego na zbyt długo. – Powiedział Fenrir, stawiając talerz z jedzeniem na wysepce i odsuwając lekko stołek barowy. – Usiądź i zjedz, szczeniaczku.
Wykonałem polecenie, zabierając ze sobą szklankę z sokiem. Greyback usiadł obok mnie.
- A twoje stado? Ktoś stamtąd nie może tego zrobić? - Powstrzymywałem się od rzucenia na sajgonki. Bardzo je lubiłem, a do tego byłem niebywale głodny. Musiałem jednak dowiedzieć się jak najwięcej.
- To zwykli ludzie zmienieni w wilkołaki. Nie potrafią działać strategicznie i cicho. Umieją zabijać. Nic poza tym – wzruszył ramionami.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
- Dlatego potrzebujesz mnie. Co mam niby zrobić? Jak mam się dowiedzieć, gdzie szukać tych ludzi? Tutaj są tylko zdjęcia i nazwiska – zmarszczyłem brwi. Byłem dobrym zabójcą, pewnie przez lata spędzone na treningach z przyjaciółmi nefilim, wiedźminami, czy asasynami, ale nie potrafiłem myśleć dokładnie jak oni.
- Wszystko w swoim czasie – uśmiechnął się mężczyzna.
- Dobrze. A dlaczego akurat ja? Przecież lepszym materiałem na cichego zabójcę byłby asasyn na przykład – stwierdziłem.
- Ale nikt nie potrafi przy okazji zaspokoić moich potrzeb w ten sposób, w jaki ty umiesz to zrobić – powiedział cicho.
Spojrzałem w talerz.
- Co z dziećmi? Dlaczego i one są elementami w tej grze?
- Są pół wilkołakami, pół wampirami. Nie chcę, żeby coś takiego istniało.
Zesztywniałem. Lykanie. Co z Megan? I Marcelem?
- A jeśli nie będę chciał współpracować? – Zapytałem.
Zamiast odpowiedzi uzyskałem kilka zdjęć rzuconych na blat. Megan, Syriusz, James, Damien, Erick. Wszyscy ci, którzy byli mi najbliżsi. Greyback wziął pierwsze zdjęcie – Ericka.
- Erick Dean Lawson, nefilim, anioł i mroczny żniwiarz. Miejsce zamieszkania – urwał na chwilę. – Spichrzowa, kamienica. Jest gejem, ma chłopaka. Młodsza siostra, brat i rodzice. Szczęśliwa rodzina.
Zakończył. Rzucił zdjęcie i cisnął w nie nożem wyjętym zza paska. Wbił się w kartkę, a potem razem z nią w ścianę. Wziął kolejne zdjęcie.
- Syriusz Orion Black. Czarodziej. Miejsce zamieszkania Kustronia, mieszkanie . Ma dziewczynę Lexy Darkness. Młodszego brata, rodziców i wujka, który załatwił mu osobne mieszkanie.
Wziął zapalniczkę i podpalił zdjęcie. Spaliło się całe, pozostawiając czarny popiół. Następne zdjęcie.
- James Potter. Czarodziej. Miejsce zamieszkania aktualnie Stany Zjednoczone, Boston, Johnson Ave. Rodzice to jego jedyna rodzina.
Wstał, nalał wody do kubka, zwinął lekko zdjęcie i włożył do środka. Wziął kolejne.
- Damien Monter. Anioł i demon w jednym – uśmiechnął się lekko. – Miejsce zamieszkania Milczewskiego Bruna. Starsza siostra, dwaj starsi bracia i rodzice. Nienawidzą go wszyscy, poza najstarszym bratem. Gej, ma chłopaka, Ericka.
Wstał, wziął pistolet z półki w salonie i przestrzelił zdjęcie. Potem wziął ostatnie.
- Megan Night – zacmokał lekko. – Wilkołak, nefilim, czarodziej i czarownik, oraz asasyn. Trochę dużo, jak na taką małą dziewczynkę, co? – Zaśmiał się lekko. Czyli nie wiedział dokładnie, o rasach Megan.– Miejsce zamieszkania Milczewskiego Bruna, blok obok Montera. Brat bliźniak i rodzice, szczęśliwa rodzinka. Ma chłopaka… A może raczej miała. Remusa Lupina – uśmiechnął się okropnie.
Wziął długopis i napisał coś na zdjęciu.
- To się stanie, jeśli nie będziesz chciał współpracować – z uśmiechem podał mi zdjęcie i odszedł.
Napis przykrywał uśmiech Megan.
Cierpienie.
***
Marcel wyjrzał przez okno mojego pokoju. Spojrzałam na niego, a on uśmiechnął się do mnie lekko.
- Chodź do domu – powiedział, wyciągając do mnie rękę. On mógł mnie zobaczyć. Runa niewidzialności działała tylko dla ludzi.
Weszłam do pokoju.
- Zrobiłaś coś poza leżeniem w łóżku. Cieszę się, księżniczko – powiedział, tuląc mnie.
- Ta – miałam zachrypnięty głos. Rzadko ostatnio go używałam. – Chciałam wyjść z domu. Co o tym myślisz?
- Myślę, że to najlepszy pomysł, na jaki mogłaś wpaść - uśmiechnął się szeroko, ukazując rządek białych zębów, z długimi kłami.
- A takim razie, pójdę się wykąpać. – Wyplątałam się z jego objęć, cmoknęłam go w policzek i wparowałam do łazienki, zakluczając drzwi.
Puściłam gorącą wodę do wanny, wlałam najwięcej kolorowych płynów do mycia ciała, ile mogłam. Zdjęła ubrania, umyłam zęby, przeczesałam potargane włosy i weszłam do wody. Była cholernie gorąca. Moja skóra przybrała czerwonawy odcień. Ochlapałam twarz, zanurzyłam głowę. W mojej głowie rodził się plan.
Po ogoleniu, umyciu, wysuszeniu, wysmarowaniu i wypsikaniu mojego ciała byłam gotowa do wyjścia z łazienki. Przeniosłam się do sypialni. Założyłam czarną bokserkę, legginsy i szary sweterek. Włosy rozpuściłam. Paznokcie pomalowałam na czarno i dodałam trochę złotego brokatu. Nałożyłam na twarz podkład, na rzęsy tusz, na usta czarną szminkę. Oczy podkreśliłam kredką i odrobiną błyszczącego, szarego cienia. Wzięłam torebkę, spakowałam tam pistolet, nóż, pieniądze i kosmetyki. Ubrałam czarne koturny, krzyknęłam pożegnanie i wyszłam, wiedząc, że na noc nie wrócę. Czułam na sobie wzrok mojego bliźniaka, gdy szłam w stronę wyjścia z osiedla.
Zapukałam do drzwi mojej znajomej. Miałam nadzieję, że była w domu. Nie myliłam się. Otworzyła mi z uśmiechem. Na korytarz wylała się energiczna muzyka.
- Megan? Szukasz Syriusza? – Zapytała lekko się zacinając.
- Między innymi. Ale ciebie też. Mogę się wkręcić?
Rebecca zmarszczyła brwi, ale po chwili odsunęła się. Weszłam do środka.
- Co jest? – Dziewczyna złapała mnie za ramie.
- Chcę się pobawić. Tylko tyle. Gdzie Syriusz?
- W salonie, razem z resztą.
- Super.
Weszłam do wskazanego mi pomieszczenia. Wszyscy spojrzeli na mnie, zaś mój przyjacielo-ćpun zamknął mnie w uścisku.
- Co wy wszyscy macie z tym przytulaniem – mruknęłam cicho.
- Jak się czujesz? – Zapytał.
- Dobrze. A poczuję się lepiej, kiedy dasz mi piwo i skręta, albo coś innego – powiedziałam siadając obok nieznanego mi chłopaka, który wdychał jakiś proszek.
Byłam tam, gdzie chciałam być. To miało być moje nowe, głupie i pełne zapomnienia życie.
***
Nie zjadłem tego, co dostałem od Greybacka. Nie potrafiłem się zmusić. Patrzyłem na wszystkie zdjęcia po kolei. Erick z nożem w głowie, resztki spalonego Syriusza, zatopiony James, przestrzelony Damien i Megan… Nie chciałem, żeby to tak się skończyło. Wróciłem do sypialni, w której się obudziłem. Siadając na łóżku, wyciągnąłem z kieszeni spodni dwie rzeczy – naszyjnik i mały notesik mojej ukochanej. Wisiorek założyłem, a zeszycik o wymiarach 3x3 otworzyłem i zacząłem czytać. Pisała tam słowa, które opisywały dany dzień. Na górze była data, a na środku przymiotnik. Zostawiła go u mnie niedawno. Uśmiechnąłem się i przejechałem palcem po papierze. Kiedyś ona go dotykała… Czułem, że będę musiał znaleźć sposób na zobaczenie jej. Tak, żeby ona o tym nie wiedziała.
Wieczorem podjąłem decyzję. Wstałem i poszedłem do salonu. Rozejrzałem się. Nic. Wziąłem różdżkę Fenrira, mruknąłem zaklęcie i imię Megan. Zobaczyłem ją, jak przez okienko. Spała, zwinięta w kulkę i przykryta czarnym kocem. Nie wiedziałem, gdzie była, ale chyba wszystko było dobrze, bo miała na sobie makijaż. Czyli musiała gdzieś wyjść. Uśmiechnąłem się. Może wróciła do normalności.
To było uspokajające i uzależniające. Moja własna odmiana heroiny.
Lunaris
poniedziałek, 28 grudnia 2015
Informacja odnośnie jutrzejszej notki
Z uwagi na fakt, że dzisiaj przyszła do mnie moja BFF i pisałyśmy nasze opowiadanie nie zdążyłam napisać Zmysłowej. Oczywiście mogłabym to zrobić teraz, ale muszę posprzątać w pokoju (wyrzuciłam wszystkie ubrania z szafy i muszę je z powrotem poukładać), a potem nadrobić zaległości na blogach, także nie zdążę. Jutro jadę do miasta i wrócę około 16, więc myślę, że Zmysłowa pojawi się około 20. Wybaczcie, za taką godzinę, ale wcześniej się po prostu nie wyrobię. Poza blogiem piszę bardzo dużo innych rzeczy i skupiając się na jednej, często zapominam o tych ważniejszych... Ale wszystko będzie, kiedy ma być!! Tylko późno :*
niedziela, 27 grudnia 2015
Rozdział 33.
Pisanie tej notki było dla mnie wybitnie żmudne, bo te święta mnie rozleniwiły XD Ale mamy ją. I prawda, pod koniec - żeby wam to wszystko ładnie wyłożyć - jest koniec lutego 1975 roku, a oni są w drugiej klasie. :*
Miłego czytania!
Czytam - komentuję
_______________________________________________________________________________________________
Wszyscy spojrzeli na Jamesa ze zdziwieniem i ognikami w oczach.
- Ale… To nie jest takie proste, Jim. Wiesz o tym przecież… - szepnęła Megan.
- Ale to jest świetny pomysł! Zmieniać się w zwierzę… Woo!! Jim, jesteś… - Zaczął Syriusz, mówiąc dość głośno. Megan uderzyła go w ramie, przerywając mu. – Ała! Co ty robisz?!
- Głupek. Słuchajcie – powiedziała, ściszając głos. – Bycie animagiem trzeba zarejestrować. To tak na początek. Poza tym, trzeba podać cechy charakterystyczne swojego wyglądu po przemianie.
- Czyli nie możemy tego zrobić… - Peter był wyraźnie smutny.
- Wcale nie. Możemy. Ale to będzie trudne i musimy być stuprocentowo pewni, że nikt nie wygada… - głos Jamesa nadal drżał z podniecenia.
Megan była z niego dumna. Wpadł na świetny pomysł. Była też wzruszona tym, jak bardzo chłopcy chcieli się poświęcić dla Remusa.
- Ale to jest niezgodne z prawem! Zamierzasz tak po prostu je złamać? – Zapytał Pet.
Black i Potter spojrzeli na niego z niesmakiem. Night przyglądała się im uważnie.
- Dla przyjaciela tak – powiedzieli jednocześnie.
- Myślę, że w takim razie musimy wyjść z biblioteki i iść w bardziej ustronne miejsce – stwierdził Peter.
Wszyscy uśmiechnęli się.
- Gdzie pójdziemy? – Zapytała jedyna dziewczyna w ich gronie.
Syriusz zamyślił się na chwilę.
- Chyba po prostu do naszego dormitorium, hmm? – Zaproponował.
Odpowiedziały mu trzy kiwające głowy.
- W takim razie idźcie, a ja poszukam jeszcze jakiejś książki na ten temat i przyjdę do was – Megan wzięła wszystkie książki leżące na stoliku (było ich około sześć i były bardzo grube…) i odeszła od chłopców.
***
Siedział na swoim łóżku i myślał o swoich przyjaciołach. Minął jeden dzień, odkąd zostawił ich w szkole, a sam zupełnie spontanicznie przeniósł się do swojego domu. Co tym uzyskał? Praktycznie nic i to go załamało. Dlaczego to zrobił? Bo był zły, to normalne. To normalne, dla każdego nastolatka – jestem zły, czyli podejmuję spontaniczne decyzje. Lecz on zrobił to też z innych pobudek. Uznał, że jego przyjaciele powiedzą innym, ci inni powiedzą rodzicom, a rodzice tych innych będą mieć pretensje do Dumbledore’a, że w ogóle coś takiego chodzi do tej szkoły. No i w rezultacie i tak by go wyrzucili, więc uznał, że sam odejdzie. To zaś było normalne, dla dojrzałej osoby – przewiduję, co może się stać i staram się zapobiec tym złym konsekwencjom.
To właśnie był Remus John Lupin, pomieszanie gniewnego nastolatka – bardziej gniewnego niż zwykły, bo likantropia jeszcze to potęgowała – i dojrzałego mężczyzny.
Położył się i zwinął w kulkę. Leżał tak, do chwili, kiedy z zamyślenia wyrwał go dźwięk sms’a.
Idioto, wracaj. Mamy pomysł.
Megan zdecydowanie chciała lubiła pokazywać swoje niemagiczne pochodzenie. Nie odpisał jej – bał się, że Huncwoci go znienawidzili. Po raz kolejny zmienił pozycję – usiadł po turecku, opierając się plecami o ścianę. Wygiął się i wziął spod łózka pas na noże. Były tam ostrza do rzucania. Zaczął więc od niechcenia ciskać nimi w przeciwległą ścianę. Wybrał sobie cel – drewnianą, wiszącą figurkę wilka, którą sam wyrzeźbił. Najpierw celował w oko – trafił. Potem celował w ucho – trafił. Ogon – trafił. Ostatnim punktem, do którego rzucił, była przednia łapa, która znajdowała się najbliżej drzwi wejściowych do sypialni. Cisnął weń nożem, a w momencie, kiedy ostrze leciało, drzwi otworzyły się i do środka wszedł Lyall.Jego oczy otworzyły się szeroko i uchylił się szybko. Wszystko działo się w ułamkach sekundy. Koniec końców, nóż wbił się w łapę wilka.
- Niezły rzut – skwitował jego ojciec.
- Sam mnie tego uczyłeś – odpowiedział Remus chłodnym głosem, odkładając pas i siadając prosto. Nie chciał pokazać tego, że zaczął żałować swojego zachowania.
Lyall usiadł na skraju łóżka syna. Pamiętał, jak wynosił łóżeczko dziecięce i wnosili zwykłe łóżko. Remus był wtedy na dworze z mamą – wyszli na spacer. On zaś szybko przemeblował pokoik syna. Kiedy wrócili, młody Lupin był tak szczęśliwy, że się popłakał. Nie chcąc jednak tego pokazać, schował się pod kołdrę i zwinął w kulkę. Mężczyzna uśmiechnął się na to wspomnienie.
- Nie podejmuj pochopnych decyzji, synu… Proszę cię – powiedział spokojnie.
Remus milczał, patrząc w przestrzeń.
- Oni się dowiedzieli tato. Nie chciałem, żeby to tak wyszło… Przez te dwa lata nauki popełniłem tyle błędów… Tego jest zbyt wiele… Nie miał wiedzieć nikt, a nagle okazało się, że wiedzą aż cztery osoby – głos łamał się Remusowi. Lyall wiedział, że jego syn walczy ze łzami.
- A czy te cztery osoby, to nie twoi przyjaciele? Osoby godne zaufania?
- Tak, ale…
- Nie – po raz pierwszy jego głos był stanowczy. – Nie ma ale. Musisz tam wrócić, choćby nie wiem jak bardzo uderzyłoby to w twoją dumę.
- Nie mam czegoś takiego jak duma.
- Każdy ma. To właśnie ona nie pozwala ci mnie przeprosić.
Zapadła cisza. Potem nagle, zupełnie niespodziewanie, Remus schował się pod kołdrę. Lyall był bardzo zdziwiony tym, co zrobił jego syn. Po sekundzie górka pod materiałem zaczęła się trząść i wydawać z siebie stłumione dźwięki. Mężczyzna przytulił ją, tak, jak kilkanaście lat temu przytulił o wiele mniejszą górkę.
***
Wparowała do sypialni chłopców z niemałym trudem – niosła dziewięć książek, a czar nie pozwalał jej na zwykłe wejście do części męskiej – schody zamieniały się z zjeżdżalnię. Musiała użyć swoich umiejętności wilkołaka, żeby to zrobić. *
- Prosz. Wszystko, co znalazłam na temat animagów – powiedziała, rzucając książki na puste łóżko Remusa.
- Megan, jesteś wielka – stwierdził Peter rzucając się do książek.
- Nie powiedziałabym. Mam metr sześćdziesiąt. To mało – usiadła obok chłopaka i ściągnęła usta na bok ze znużonym wyrazem twarzy.
Jej wygląd sprawił, że wszyscy zaśmiali się głośno.
- Jesteś taka pozytywna, Megan! – Krzyknął James, siadając za nią i oplatając ją ramionami.
- I taka niby dziewczęca, a jednak dość męska – stwierdził dyplomatycznie Syriusz.
- Skoro tak mówicie… - Skuliła się w ramionach okularnika i wcale nie czuła się dziwnie. Takie relacje z chłopcami jej odpowiadały.
Po trzech godzinach czytania na temat animagów, wszyscy czuli się doedukowani. Chłopcy nawet tak bardzo, że zaczęły ich boleć głowy. Znacie to uczucie – głowa jest ciężka, czujesz, jakby ktoś naciskał na nią ze wszystkich stron.
- Dobra, mam dość – powiedział Syriusz.
Reszta potwierdziła to lekkim pomrukiem. Nawet Megan. Nie miała już ochoty na czytanie i zmuszanie się do zapamiętywania wszystkiego.
- Zapamiętaliście coś, chociaż? – Zapytała.
- Tak. Przez to wszystko jesteś ciekawy, w jakie zwierzę będę się zmieniać – powiedział James.
- Jeśli w ogóle wam się to uda – mruknęła dziewczyna.
Książki zostawili na łóżku, a sami usiedli przy jednym z okien i zaczęli jeść słodycze – chłopcy nad ranem postanowili rozpakować prezenty, ale i tak nikt się z nich nie cieszył. Pili mleczko czekoladowe i pałaszowali ciasteczka i kwaśne żelki. Ich rozmowa – czasem głośna jak wartko płynąca rzeka, a czasem spokojna i cicha jak leśny staw – była rozluźniająca. Przez te dwa dni, każdy przypomniał sobie jak to było, kiedy Remus leżał w szpitalu i nikt nie wiedział, co mu jest.
- To wszystko jest mniej więcej podobne… - zaczęła Megan.
Lecz nie dowiedzieli się, co ani dlaczego jest podobne, bo dziewczyna zamilkła na chwilę i przyłożyła palec do ust. Po sekundzie nasłuchiwania, zerwała się z miejsca i zsunęła wszystkie książki z łóżka na podłogę, po czym wkopała je pod spód. Następnie rzuciła się z powrotem na swoje miejsce.
- Agatha wcale nie jest aż taka ładna – powiedziała i ruszyła rękoma w ponaglającym geście. Zrozumiał ją tylko Syriusz.
- Jak to nie?! –Krzyknął. – Przecież jest. I do tego jest blondynką. – Spojrzał wymownie na swoich przyjaciół, by i oni wpletli coś od siebie.
- Blondynki wcale nie są takie fajne – powiedział James.
- A ja uważam właśnie, że wręcz przeciwnie… - dodał Peter.
- Co wy możecie wiedzieć, przecież. Macie tylko dwanaście lat – zaśmiała się Megan.
- A ty co myślisz? Że jak masz piętnaście, to co?? – Warknął Black.
Wtedy ktoś wszedł do dormitorium, uprzednio pukając cztery razy.
Długa, siwa broda, takie same włosy, twarz poorana milionami zmarszczek, bystre oczy spoglądające na nich znad okularów-połówek. Albus Dumbledore stanął w progu i uśmiechnął się do nich.
- Witajcie- powiedział serdecznie, po czym podszedł bliżej.
Chłopcy byli nieco zdziwieni, w przeciwieństwie do Megan. Jednak to Syriusz pierwszy zabrał głos.
- Co pana do nas sprowadza? – Zapytał.
- Sprawa. – Odpowiedział jak zwykle tajemniczo profesor. – Zapraszam do mojego gabinetu.
Huncwoci spojrzeli na siebie niepewnie. Megan zaś wstała i uśmiechnęła się.
- No, dalej chłopcy! Chodźmy – powiedziała.
Dumbledore wyglądał, jakby dopiero ją zauważył.
- Panno Night, nie powinna panienka tu być. To dormitorium chłopców – stwierdził, lecz mówił spokojnie i przyjaźnie.
- Przepraszam profesorze, ale… Pewne czynniki nałożyły się na to, że niestety musiałam się tu pojawić.
- Oczywiście. Chodźmy, więc.
I wyszli.
***
Tata go przytulił i to wywołało u niego niebywałe poczucie winy.
- Przepraszam… To nie wasza wina… Pewnie mamie teraz jest przykro… - jąkał się Remus.
- Wytłumaczyłem jej wszystko, ale nie przeczę, że czuje się źle – odpowiedział Lyall.
Młody Lupin wypełznął spod kołdry i wytarł łzy. Nie powinien płakać. Mężczyźni nie płaczą.
- Chodźmy do niej – powiedział mniej więcej wesoło.
Nie zdążyli jednak dojść nawet do drzwi, bowiem przez uchylone okno do pokoju wleciała sowa. Była piękna – czarne pióra przeplatały się z śnieżnobiałymi, siwe oczy patrzyły na nich uważnie. W dziobie trzymała list.
- Od kogo to? – Zapytał Lyall.
Remus podszedł do sowy, pogłaskał ją i wziął od niej kopertę. Chciał podsunąć jej kubeczek z wodą, ale nie zdążył, bo już wyleciała z powrotem.
Spojrzał na list.
- I…? – Dopytywał się ojciec, a gdy nie uzyskał odpowiedzi westchnął i podszedł do syna. Po czym zaniemówił tak samo jak on.
Dumbledore.
***
Szli w ciszy. Megan w dormitorium nie pokazywała zdenerwowania, lecz teraz dało się po niej dostrzec niepewność. Wszyscy myśleli o tym samym – co, jeśli Dumbledore dowiedział się o książkach, połączył to z kłótnią z Remusem i teraz chce ich oddać w ręce ministerstwa? Bali się.
Drzwi gabinetu otworzyły się. Ukazało im się piękne pomieszczenie na planie koła. Miliony złotych półek z dziwnymi przedmiotami i staro wyglądającymi księgami rozpościerały się przy każdej ze ścian. Od drzwi do schodów przy podeście prowadził czerwony, wąski, miękki dywan, zaś po bokach owego dywanu stały stoliki, rzeźby i inne rzeczy, których nazwy nikt z nich nie znał. Dumbledore wszedł po schodkach na podest, na którym stało mahoniowe biurko. Obok niego było drzewko dla feniksa profesora, oraz sześć foteli. Jeden z nich był zajęty…
- Remus! – Krzyknęła Megan i podbiegła do niego.
Chłopcy stali w progu niepewni. Bali się profesora i Remusa. Ten zaś przytulił Megan i uśmiechnął się lekko. Miał czerwone oczy, a ubrany był w to samo, co wczoraj. Nie przebrał się. Spojrzał na swoich przyjaciół.
- Chodźcie tu, chłopcy – zaprosił ich Dumbledore.
Usiedli więc. Remus zajął miejsce najbardziej z lewej. Po nim kolejno Megan, Syriusz, Peter i James. Naprzeciwko nich, za biurkiem zasiadł Dumbledore.
- Każdy z was zdaje sobie sprawę, co tu robi – zaczął nauczyciel. – Niefortunne nieporozumienie miało bardzo złe skutki. Wy – spojrzał na ¾ Huncwotów i Megan – dowiedzieliście się o sekrecie Remusa. Powiedzcie więc… Czy zamierzacie podzielić się tym z innymi?
Chłopcy od razu zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego, że nie, że po co, że go kochają i że dlaczego w ogóle zadano to pytanie. Megan zaś uśmiechnęła się tylko i pokręciła głową. Remus siedział, patrząc na swoje dłonie.
- Widzisz, Remusie? Nikt nie chce cię pogrążyć. Powiedziałbym i więcej, oni chcą żebyś został i był ich przyjacielem dalej. Wilkołactwo nie oznacza samotności – uśmiechnął się profesor.
- Nie żartujecie? – Zapytał cicho wilkołak.
Zapadła cisza, którą przerwał śmiech Syriusza.
- Oczywiście, że nie, wilczku – powiedział, po czym wstał i pociągnął Remusa tak, że przytulili się jak misie. Zaraz doszli do nich także James i Peter. Megan dalej siedziała i patrzyła tylko na nich z uśmiechem na twarzy.
- Widzisz, Megan, tacy są chłopcy. Robią aferę, a potem okazuje się, że i tak się kochają – powiedział Dumbledore.
***
Wychodząc z gabinetu chłopcy szli blisko siebie, a Syriusz zarzucił rękę na ramię Megan.
- Ty to się jednak przydajesz, słodziaku – powiedział, całując ją w czubek głowy.
Ona tylko zmarszczyła słodko nosek.
- Wiecie co… - stanęła w miejscu. – Ja się wam już nie przydam. Porozmawiajcie sobie, zostawiam was – uśmiechnęła się szeroko.
- Nie chcesz w tym uczestniczyć? – Zapytał Remus. – Przecież pomogłaś.
- Nie chcę. To wasza sprawa – powiedziała i uciekła w stronę wyjścia z zamku.
- Nie rozumiem dziewczyn – mruknął Peter, po czym wszyscy zaczęli się śmiać.
Siedzieli już w dormitorium. Remus położył się na swoje łóżko, Syriusz usiadł przy oknie, James na podłodze przy Remusie, a Poeter na sąsiadującym łóżku.
- No więc? Co to za pomysł? Nie zrobicie ze mnie człowieka – powiedział wilkołak, patrząc w przestrzeń.
- No nie. Ale zrobimy z nas zwierzęta – stwierdził Syriusz.
Remus usiadł gwałtownie.
- Nie. Zamierzacie stać się animagami. Mogłem to przewidzieć! I kto wpadł na ten genialny pomysł?? – Zapytał.
- Ja! – James klasnął w dłonie.
- Jesteś głupi – wycedził Remus. – To niezgodne…
Nie dokończył, bo Peter zerwał się z łóżka i rzucił się na niego. To samo zrobili jego przyjaciele. Po chwili Remus leżał związany w kostkach i nadgarstkach i z zaklejonymi srebrną taśmą ustami.
- Zrobimy to. Też uważamy to za najlepszy pomysł świata – uśmiechnął się Pettigrew i zarzucił ręce na ramiona Blacka i Pottera. Remus wywrócił oczami.
***
Luty chybił się ku końcowi. Chłopcy przeżyli już koniec półrocza (miliony testów, itp.) i nawet urodziny Megan (impreza w jej dormitorium razem z resztą dziewczyn i praktycznie wszystkimi drugorocznymi Gryfonami). Teraz zaś siedzieli w jednej z pustych klas i próbowali wcielić swój plan w życie – pomóc Remusowi.
- Do cholery!! Czuję to, czuję, ale nic poza tym – Syriusz padł na podłogę i położył się na plecach.
- Wiem… Mam tak samo – westchnął James.
- Taa… - Peter stał z zaciśniętymi oczami.
- Żebyś nie pierdnął – zaśmiał się okularnik, co wywołało salwę śmiechu wśród wszystkich Huncwotów, nawet tego siedzącego na biurku i czytającego książkę.
Pettigrew pisnął i zakrył twarz dłońmi.
- Peter? – Syriusz spojrzał na niego zaintrygowany.
Kiedy chłopak zabrał ręce z twarzy, wszyscy patrzyli na niego zdziwieni.
- C-co? O co wam chodzi?? – Zapytał.
Nastała chwila ciszy.
- Masz szczurzy nos. – Stwierdził Remus.
- Jesteś taka pozytywna, Megan! – Krzyknął James, siadając za nią i oplatając ją ramionami.
- I taka niby dziewczęca, a jednak dość męska – stwierdził dyplomatycznie Syriusz.
- Skoro tak mówicie… - Skuliła się w ramionach okularnika i wcale nie czuła się dziwnie. Takie relacje z chłopcami jej odpowiadały.
Po trzech godzinach czytania na temat animagów, wszyscy czuli się doedukowani. Chłopcy nawet tak bardzo, że zaczęły ich boleć głowy. Znacie to uczucie – głowa jest ciężka, czujesz, jakby ktoś naciskał na nią ze wszystkich stron.
- Dobra, mam dość – powiedział Syriusz.
Reszta potwierdziła to lekkim pomrukiem. Nawet Megan. Nie miała już ochoty na czytanie i zmuszanie się do zapamiętywania wszystkiego.
- Zapamiętaliście coś, chociaż? – Zapytała.
- Tak. Przez to wszystko jesteś ciekawy, w jakie zwierzę będę się zmieniać – powiedział James.
- Jeśli w ogóle wam się to uda – mruknęła dziewczyna.
Książki zostawili na łóżku, a sami usiedli przy jednym z okien i zaczęli jeść słodycze – chłopcy nad ranem postanowili rozpakować prezenty, ale i tak nikt się z nich nie cieszył. Pili mleczko czekoladowe i pałaszowali ciasteczka i kwaśne żelki. Ich rozmowa – czasem głośna jak wartko płynąca rzeka, a czasem spokojna i cicha jak leśny staw – była rozluźniająca. Przez te dwa dni, każdy przypomniał sobie jak to było, kiedy Remus leżał w szpitalu i nikt nie wiedział, co mu jest.
- To wszystko jest mniej więcej podobne… - zaczęła Megan.
Lecz nie dowiedzieli się, co ani dlaczego jest podobne, bo dziewczyna zamilkła na chwilę i przyłożyła palec do ust. Po sekundzie nasłuchiwania, zerwała się z miejsca i zsunęła wszystkie książki z łóżka na podłogę, po czym wkopała je pod spód. Następnie rzuciła się z powrotem na swoje miejsce.
- Agatha wcale nie jest aż taka ładna – powiedziała i ruszyła rękoma w ponaglającym geście. Zrozumiał ją tylko Syriusz.
- Jak to nie?! –Krzyknął. – Przecież jest. I do tego jest blondynką. – Spojrzał wymownie na swoich przyjaciół, by i oni wpletli coś od siebie.
- Blondynki wcale nie są takie fajne – powiedział James.
- A ja uważam właśnie, że wręcz przeciwnie… - dodał Peter.
- Co wy możecie wiedzieć, przecież. Macie tylko dwanaście lat – zaśmiała się Megan.
- A ty co myślisz? Że jak masz piętnaście, to co?? – Warknął Black.
Wtedy ktoś wszedł do dormitorium, uprzednio pukając cztery razy.
Długa, siwa broda, takie same włosy, twarz poorana milionami zmarszczek, bystre oczy spoglądające na nich znad okularów-połówek. Albus Dumbledore stanął w progu i uśmiechnął się do nich.
- Witajcie- powiedział serdecznie, po czym podszedł bliżej.
Chłopcy byli nieco zdziwieni, w przeciwieństwie do Megan. Jednak to Syriusz pierwszy zabrał głos.
- Co pana do nas sprowadza? – Zapytał.
- Sprawa. – Odpowiedział jak zwykle tajemniczo profesor. – Zapraszam do mojego gabinetu.
Huncwoci spojrzeli na siebie niepewnie. Megan zaś wstała i uśmiechnęła się.
- No, dalej chłopcy! Chodźmy – powiedziała.
Dumbledore wyglądał, jakby dopiero ją zauważył.
- Panno Night, nie powinna panienka tu być. To dormitorium chłopców – stwierdził, lecz mówił spokojnie i przyjaźnie.
- Przepraszam profesorze, ale… Pewne czynniki nałożyły się na to, że niestety musiałam się tu pojawić.
- Oczywiście. Chodźmy, więc.
I wyszli.
***
Tata go przytulił i to wywołało u niego niebywałe poczucie winy.
- Przepraszam… To nie wasza wina… Pewnie mamie teraz jest przykro… - jąkał się Remus.
- Wytłumaczyłem jej wszystko, ale nie przeczę, że czuje się źle – odpowiedział Lyall.
Młody Lupin wypełznął spod kołdry i wytarł łzy. Nie powinien płakać. Mężczyźni nie płaczą.
- Chodźmy do niej – powiedział mniej więcej wesoło.
Nie zdążyli jednak dojść nawet do drzwi, bowiem przez uchylone okno do pokoju wleciała sowa. Była piękna – czarne pióra przeplatały się z śnieżnobiałymi, siwe oczy patrzyły na nich uważnie. W dziobie trzymała list.
- Od kogo to? – Zapytał Lyall.
Remus podszedł do sowy, pogłaskał ją i wziął od niej kopertę. Chciał podsunąć jej kubeczek z wodą, ale nie zdążył, bo już wyleciała z powrotem.
Spojrzał na list.
- I…? – Dopytywał się ojciec, a gdy nie uzyskał odpowiedzi westchnął i podszedł do syna. Po czym zaniemówił tak samo jak on.
Dumbledore.
***
Szli w ciszy. Megan w dormitorium nie pokazywała zdenerwowania, lecz teraz dało się po niej dostrzec niepewność. Wszyscy myśleli o tym samym – co, jeśli Dumbledore dowiedział się o książkach, połączył to z kłótnią z Remusem i teraz chce ich oddać w ręce ministerstwa? Bali się.
Drzwi gabinetu otworzyły się. Ukazało im się piękne pomieszczenie na planie koła. Miliony złotych półek z dziwnymi przedmiotami i staro wyglądającymi księgami rozpościerały się przy każdej ze ścian. Od drzwi do schodów przy podeście prowadził czerwony, wąski, miękki dywan, zaś po bokach owego dywanu stały stoliki, rzeźby i inne rzeczy, których nazwy nikt z nich nie znał. Dumbledore wszedł po schodkach na podest, na którym stało mahoniowe biurko. Obok niego było drzewko dla feniksa profesora, oraz sześć foteli. Jeden z nich był zajęty…
- Remus! – Krzyknęła Megan i podbiegła do niego.
Chłopcy stali w progu niepewni. Bali się profesora i Remusa. Ten zaś przytulił Megan i uśmiechnął się lekko. Miał czerwone oczy, a ubrany był w to samo, co wczoraj. Nie przebrał się. Spojrzał na swoich przyjaciół.
- Chodźcie tu, chłopcy – zaprosił ich Dumbledore.
Usiedli więc. Remus zajął miejsce najbardziej z lewej. Po nim kolejno Megan, Syriusz, Peter i James. Naprzeciwko nich, za biurkiem zasiadł Dumbledore.
- Każdy z was zdaje sobie sprawę, co tu robi – zaczął nauczyciel. – Niefortunne nieporozumienie miało bardzo złe skutki. Wy – spojrzał na ¾ Huncwotów i Megan – dowiedzieliście się o sekrecie Remusa. Powiedzcie więc… Czy zamierzacie podzielić się tym z innymi?
Chłopcy od razu zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego, że nie, że po co, że go kochają i że dlaczego w ogóle zadano to pytanie. Megan zaś uśmiechnęła się tylko i pokręciła głową. Remus siedział, patrząc na swoje dłonie.
- Widzisz, Remusie? Nikt nie chce cię pogrążyć. Powiedziałbym i więcej, oni chcą żebyś został i był ich przyjacielem dalej. Wilkołactwo nie oznacza samotności – uśmiechnął się profesor.
- Nie żartujecie? – Zapytał cicho wilkołak.
Zapadła cisza, którą przerwał śmiech Syriusza.
- Oczywiście, że nie, wilczku – powiedział, po czym wstał i pociągnął Remusa tak, że przytulili się jak misie. Zaraz doszli do nich także James i Peter. Megan dalej siedziała i patrzyła tylko na nich z uśmiechem na twarzy.
- Widzisz, Megan, tacy są chłopcy. Robią aferę, a potem okazuje się, że i tak się kochają – powiedział Dumbledore.
***
Wychodząc z gabinetu chłopcy szli blisko siebie, a Syriusz zarzucił rękę na ramię Megan.
- Ty to się jednak przydajesz, słodziaku – powiedział, całując ją w czubek głowy.
Ona tylko zmarszczyła słodko nosek.
- Wiecie co… - stanęła w miejscu. – Ja się wam już nie przydam. Porozmawiajcie sobie, zostawiam was – uśmiechnęła się szeroko.
- Nie chcesz w tym uczestniczyć? – Zapytał Remus. – Przecież pomogłaś.
- Nie chcę. To wasza sprawa – powiedziała i uciekła w stronę wyjścia z zamku.
- Nie rozumiem dziewczyn – mruknął Peter, po czym wszyscy zaczęli się śmiać.
Siedzieli już w dormitorium. Remus położył się na swoje łóżko, Syriusz usiadł przy oknie, James na podłodze przy Remusie, a Poeter na sąsiadującym łóżku.
- No więc? Co to za pomysł? Nie zrobicie ze mnie człowieka – powiedział wilkołak, patrząc w przestrzeń.
- No nie. Ale zrobimy z nas zwierzęta – stwierdził Syriusz.
Remus usiadł gwałtownie.
- Nie. Zamierzacie stać się animagami. Mogłem to przewidzieć! I kto wpadł na ten genialny pomysł?? – Zapytał.
- Ja! – James klasnął w dłonie.
- Jesteś głupi – wycedził Remus. – To niezgodne…
Nie dokończył, bo Peter zerwał się z łóżka i rzucił się na niego. To samo zrobili jego przyjaciele. Po chwili Remus leżał związany w kostkach i nadgarstkach i z zaklejonymi srebrną taśmą ustami.
- Zrobimy to. Też uważamy to za najlepszy pomysł świata – uśmiechnął się Pettigrew i zarzucił ręce na ramiona Blacka i Pottera. Remus wywrócił oczami.
***
Luty chybił się ku końcowi. Chłopcy przeżyli już koniec półrocza (miliony testów, itp.) i nawet urodziny Megan (impreza w jej dormitorium razem z resztą dziewczyn i praktycznie wszystkimi drugorocznymi Gryfonami). Teraz zaś siedzieli w jednej z pustych klas i próbowali wcielić swój plan w życie – pomóc Remusowi.
- Do cholery!! Czuję to, czuję, ale nic poza tym – Syriusz padł na podłogę i położył się na plecach.
- Wiem… Mam tak samo – westchnął James.
- Taa… - Peter stał z zaciśniętymi oczami.
- Żebyś nie pierdnął – zaśmiał się okularnik, co wywołało salwę śmiechu wśród wszystkich Huncwotów, nawet tego siedzącego na biurku i czytającego książkę.
Pettigrew pisnął i zakrył twarz dłońmi.
- Peter? – Syriusz spojrzał na niego zaintrygowany.
Kiedy chłopak zabrał ręce z twarzy, wszyscy patrzyli na niego zdziwieni.
- C-co? O co wam chodzi?? – Zapytał.
Nastała chwila ciszy.
- Masz szczurzy nos. – Stwierdził Remus.
*- gigantycznym błędem z mojej strony było to, że nie opisałam jak Peter i James dostali się do pokoju Megan. Uznajmy więc, że oni zapytali się jakiejś dziewczyny, czy Night jest w swoim pokoju. Przepraszam was :/
Lunaris
Subskrybuj:
Posty (Atom)

